Polecam

Najnowsze posty
"INKUB" - ARTUR URBANOWICZ | Czy autor miał pomysł na widowisko kompletne?

"INKUB" - ARTUR URBANOWICZ | Czy autor miał pomysł na widowisko kompletne?

Gdy kilka lat temu odkrywałam przerażające w swej treści opracowanie Młot na czarownice i jednocześnie żywcem chłonęłam inne tytuły poświęcone czarnej epoce średniowiecza, nawet przez myśl mi nie przeszło, że wrócę do tego tematu dzięki powieści duszą i scenerią ulokowanej na polskiej Suwalszczyźnie. A jednak, za sprawą niezwykle obszernego, doszczętnie przemyślanego i przede wszystkim fabularnie zdumiewającego Inkuba znalazłam się w scenariuszu nie tylko świeżym i zaskakującym, co wręcz miażdżącym ludzką wyobraźnię. Artur Urbanowicz ponownie pokazał bowiem, że jego twórczość nie ogranicza się do przykładnego zapisu niesionych fantazją zdarzeń, a raczej – poprzez intrygującą, logiczną i dogłębnie uzasadnioną sekwencję opisywanych zjawisk – staje się przeżyciem samym w sobie. Warto dodać, że przeżyciem szalonym, fascynującym i bez dwóch zdań niezapomnianym. 

Artur Urbanowicz już swoim debiutem (Gałęziste) udowodnił, że potrafi dobrać epitety na tyle barwnie, dosadnie i przekonująco, aby stworzyć atmosferę idealnie komponującą się z zaproponowaną historią fabularną. Dokładnie tak samo jest z Inkubem, którego klimat okazuje się nie tylko mroczny i upiorny, co przede wszystkim gęsty, smolisty, złowieszczy i w każdym fragmencie niepokojący. Przekraczając próg tej powieści, czytelnik decyduje się zatem na dobrowolny udział w przedstawieniu, którego diaboliczny nastrój – tak dobrze spisany wyobraźnią autora – rozprzestrzenia się równomiernie po wszystkich zmysłach. To charakterystyczne napięcie nie rozchodzi się jednak non stop z tą samą intensywnością, jego zalążek zdaje się być wręcz niewinny, dopiero w kolejnych aktach autor pozwala mu wymykać się z pierwotnie osadzonych ram, momentami delikatnie, jedynie sygnalizując nadchodzące wydarzenia, wyrywkowo dając mu jednak coraz większą swobodę. Właśnie ten zróżnicowany przydział emocji sprawia, że Inkub wciąż trzyma odbiorcę w ryzach niepewności, w jednej chwili intryguje, aby po chwili rozbawić, przerazić lub po prostu dostarczyć kolejnych pytań. Warto też dodać, że autor uzbraja powieść w zauważalnie świeży, niewymuszony i fabularnie dobrze wbudowany humor sytuacyjny, który dodatkowo pozwala odbiorcy regularnie uśmiechać się pod nosem.
Klimat powieści z pewnością nie byłby tak bardzo wyczuwalny, gdyby nie świadomie dobrana sceneria. Jodoziary niemal w całości pochłonięte są bowiem mglistą aurą tajemnicy. Niedziałające telefony, swoiste odgłosy, zagubione krzyże i krucyfiksy, a także zielone światło, rozchodzące się niczym groźna poświata między przesiąkniętymi nocną ciemnością konarami leśnych drzew. Do tego lokalna historia, wedle której kilkadziesiąt lat wcześniej w jednym z domów mieszkała kobieta uznawana za czarownicę. W tej jakże enigmatycznej wiosce nawet mieszkańcy zdają się być zniechęceni życiem, ponurzy, schorowani, totalnie wręcz czymś przygnębieni. Czym właściwie jest to osobliwe coś, co nieustannie wgryza się w ich witalność i wysysa ją niemal do cna? To niektóre z elementów zagadki, jaką autor stawia przed czytelnikiem. Zagadki, która swymi szponami chwyta nie tylko bieżących wydarzeń, ale również tożsamych dziwnych zjawisk, jakie miały miejsce w Jodoziarach w latach 70-tych. 

Dwutorowo prowadzona akcja pozwala spojrzeć na intrygę nieco szerzej, odbiorca ma bowiem możliwość starcia niektórych epizodów z przeszłości z obecnymi zdarzeniami, krystalizując sobie w głowie mniej lub bardziej rzeczowe podejrzenia. Takiej szansy pozbawiony zostaje natomiast Vytautas Česnauskis, policjant na wpół litewskiego pochodzenia, który mimo umiejętności aktywnie wspieranych przez mocny instynkt śledczy oraz czułe zmysły, musi dodatkowo otworzyć umysł na zjawiska, które zdają się przeczyć kultywowanej przez lata logice. To właśnie ten bohater, poprzez własny upór i trafną analizę zdarzeń, uświadamia odbiorcy, że w tej układance nic nie jest dziełem przypadku. Każdy, nawet pozornie nieistotny epizod, ma znaczenie dla całego procesu śledczego. Kreacja tego bohatera okazuje się nadzwyczaj autentyczna, autor uzbraja Vytautasa zarówno w cechy potwierdzające obrany przez niego zawód, jak chociażby odwaga, pewność siebie czy determinacja, ale nie zapomina o budowaniu jego słabszych stron, pokazując nieporadność policjanta w stosunku do upatrzonej kobiety lub zupełną niemoc w obliczu nieznanych mu zjawisk. 
Analizując Inkuba, nie sposób nie wspomnieć o sposobie, w jaki Artur Urbanowicz przedstawia poszczególne elementy intrygi. Autor nie wzbrania się bowiem przed ujawnianiem osoby podejrzanej, czytelnik od początku ma zatem świadomość, w którą stronę powinny podążać jego zmysły, nieustannie poznaje też kolejne fragmenty układanki i chociaż część pytań pozostaje finalnie bez odpowiedzi, koniec pozwala mu zobrazować pełny i przede wszystkim logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Mogłabym napisać, że samo zakończenie zaskakuje lub przynosi pełną satysfakcję, ale w przypadku tej powieści byłoby to zdecydowanie za mało. Finał Inkuba to prawdziwa, niemal namacalna ekspansja szoku i niedowierzania, jego treść spada bowiem na odbiorcę niczym grom z jasnego nieba i tym samym buntuje się przed wejściem do jego świadomości. To tego rodzaju zakończenie, przy którym czytelnik mimowolnie wstrzymuje oddech, aby po chwili wykrzyczeć stanowcze „nie”.


Recenzja w pigułce

Inkub szokuje różnorodnością nastrojów. To lektura inna niż wszystkie, niecodzienna, z jednej strony duszna, brudna i niepokojąca, z drugiej natomiast zaskakująco lekka, przyjemna i humorystyczna. Artur Urbanowicz ponownie pokazał, że poprzez pierwszorzędną i świetnie zazębiającą się intrygę fabularną, odpowiednio wbudowaną w klimat narastającej grozy, a także poprzez przekonujące kreacje oraz regularnie przebijający się przez mglistą aurę humor sytuacyjny, można zbudować widowisko właściwie kompletne. Inkub to w moim odczuciu powieść najwyższej próby.

„WSZYSCY JESTEŚMY ZBŁĄKANYMI OWCAMI” - STEFANIA MARIA JAGIELNICKA

„WSZYSCY JESTEŚMY ZBŁĄKANYMI OWCAMI” - STEFANIA MARIA JAGIELNICKA

Można w życiu pretendować do miana osoby szczęśliwej, ale nietrudno dostrzec, że szczęście to stan swego rodzaju bezpieczeństwa, które dla każdego może podlegać innej definicji. Może to być wewnętrzny spokój ducha, może stabilizacja zawodowa, a może przyjemnie rozpływająca się fala namiętności. Szczęścia rzeczywiście można dotknąć, ale ze świecą szukać kogoś, kto na drodze do jego odkrycia nie poczuje choć szczypty prawdziwej goryczy. Goryczy, sumiennie dawkowanej przez codzienne życie. Taką właśnie ścieżkę do realizacji szczęścia buduje swojej bohaterce Stefania Maria Jagielnicka w powieści Wszyscy jesteśmy zbłąkanymi owcami.

"... głębia łez, którą każdy musi przepłynąć..."

Na planie tej fabuły niewątpliwie spotykają się barwne osobowości, lecz tę najważniejszą rolę odgrywa Beata, kobieta po wielu przejściach, wciąż szukająca własnego miejsca na ziemi i wyraźnie rozgoryczona różnicami między mentalnością polską a niemiecką. Do roli potencjalnego partnera Beaty zaangażowany zostaje Thomas, kobieciarz z życiorysu, a jednak ułożony przez lata doświadczeń mężczyzna, którego w potocznej relacji można nazwać niemal ostoją spokoju. Spotkanie tej dwójki nieoczekiwanie przeradza się w swoistą eksplorację dusz, bohaterowie zaczynają porównywać codzienne doświadczenia, przez co stają się sobie bliscy już przy pierwszym wspólnym kontakcie. Czytelnik od początku widzi, że rodzi się między nimi nie tylko aura przyjaźni oraz swego rodzaju egzystencjalne zrozumienie, ale też niespodziewana wzajemna fascynacja.
Chociaż powieść zdaje się nosić znamiona typowego romansu, to nietrudno zauważyć, że swoim osobliwym tłem wkracza także w ramy dramatu o zauważalnie politycznym charakterze. Autorka jawnie wchodzi bowiem w obszar historii społeczno-politycznej, uzupełniając profile postaci nie tylko o konkretne wartości, ale też o mocno sprecyzowane poglądy. Wspomina m.in. proces inwigilacji oraz wymuszanie współpracy z bezpieką, prezentując w ten sposób warunki, w jakich kształtowała się postawa głównej bohaterki. Prosty język oraz rozmaite skręty fabularne sprawiają, że książkę czyta się szybko i przyjemnie, lecz trzeba przyznać, że sama historia częściowo umyka ramom realności, trochę tak, jakby poszerzała pole wyobraźni, znacząco omijając rachunek prawdopodobieństwa. Dzieje się tu dużo, intensywnie, akcja z każdą stroną zmienia swój obrót, przez co czytelnik nie ma szans na nudę, ale jednocześnie podczas lektury wciąż pojawiają się pytania o meritum całej intrygi. Bo, że intryga na łamach tej powieści została zbudowana, to fakt niezaprzeczalny.

Recenzja w pigułce

Propozycja pani Jagielnickiej to historia ocierająca się nie tylko o błyskawiczny romans, ale też dramat natury politycznej, w którym szybko mknąca akcja próbuje dotrzeć się z tajemniczo obudowaną intrygą. Chociaż sama fabuła zdaje się być mało realna, to nie ma wątpliwości, iż tytuł Wszyscy jesteśmy zbłąkanymi owcami jest w finalnym odczuciu zaskakujący, barwny i po prostu inny niż wszystkie.

„WYSPA” - ŻANNA SŁONIOWSKA | Kieliszek rosé sancerre?

„WYSPA” - ŻANNA SŁONIOWSKA | Kieliszek rosé sancerre?

Wena twórcza najczęściej przychodzi sama. Pisarze uwielbiają ten moment, kiedy zaskakująca niewidzialna siła niemal samoistnie niesie ich przez kolejne strony tworzonego właśnie tekstu. Ale nie zawsze wena pojawia się sama, czasami trzeba jej poszukać, a nawet wyruszyć w podróż, aby dać sobie szansę na poczucie jej niezwykłej egzystencji. Tak właśnie czyni Dawid, bohater zaskakująco sensualnej powieści Wyspa, którą czytelnikom prezentuje Żanna Słoniowska. 

WYRAŻONA ZA POMOCĄ CZTERECH PÓR ROKU 

Dawid to pisarz wybitny i ewidentnie spełniony w oczach świata, ale sam wciąż szuka satysfakcji we własnych utworach. W ramach prezentu na czterdzieste urodziny przybywa na tytułową Wyspę, aby w specjalnym Domu Literatury oddać się pracy pisarskiej. Tam spotyka swoją znajomą Muriel, kobietę zauważalnie starszą, mocno tajemniczą. Czytelnik pozbawiony jest szans na wyraźne zdefiniowanie jej osobowości, poznaje ją bowiem oczami wyobraźni Dawida, a nie z perspektywy obiektywnego narratora, chociaż to właśnie ten ostatni relacjonuje wszystkie wydarzenia. Relacja tych dwojga, wyrażona za pomocą czterech pór roku, przez cały czas zdaje być mocno nieznośna, wciąż wisi w powietrzu, a jednak nie werbalizuje się w żaden obrazowy sposób. W oczach odbiorcy jest jakby świadomie zaakcentowana nutą niedopowiedzenia, w oczach bohatera natomiast – niemal niszcząca duszę. 
TO NIE POWINNO MIEĆ MIEJSCA 

Gdzieś z pomiędzy wierszy wciąż wypływa pytanie, czy opisane uczucie jest dwustronne, czy też kreuje je wyobraźnia Dawida. Czytelnik obserwuje głównego bohatera nieustannie, wraz z nim przegląda jego własne myśli i bez trudu dostrzega, jak bardzo potargana staje się jego warstwa emocjonalna. To zaskakujące uczucie nie powinno mieć przecież miejsca, zbyt bardzo wymyka się ramom utartej moralności, zdaje się być grzeszne. A jednak istnieje i jest krystalicznie wręcz szczere. Takie sytuacje są prawdopodobnie najgorsze, wymuszają na człowieku zachowania, do których ten nie chce się nawet przyznać, a czasami celowo wręcz wypiera je z własnej świadomości. 
SŁOWA STAJĄ SIĘ ZMYSŁAMI 

Powieść Żanny Słoniowskiej okazuje się w odczuciu mocno sensualna, autorka od początku nastawia czytelnika na uruchomienie różnych zmysłów i samodzielne definiowanie powstających na jego oczach uczuć. Przeczytać tę książkę można oczywiście szybko i bezwiednie, ale dla tak subtelnej prozy byłoby to bardzo krzywdzące. Ta fabuła wymaga nie tylko rozważnego dobierania myśli i świadomej próby interpretacji, ale też dużej dozy wrażliwości, która pozwala przeżyć ją bardziej intensywnie. Czytając Wyspę, odnosi się bowiem wrażenie, że słowa nabierają tu znaczenia zmysłów. Pozwalają widzieć, słyszeć, czuć... Pozwalają też dotykać i smakować – stają się niejako definicją swoistej relacji, jaka tworzy się między bohaterami.

Recenzja w pigułce

Proza Żanny Słoniowskiej daleka jest od utartych schematów – Wyspa to książka, której właściwie się nie czyta, ją się przeżywa i trawi długo po zakończeniu ostatniej strony. Nie mam wątpliwości, iż jest to powieść skierowana do osób wrażliwych i szukających w literaturze czegoś więcej niż tradycyjny romans.

„ODWYK” - ADAM WIDERSKI | Zbrodnie w kręgu życiowych uzależnień

„ODWYK” - ADAM WIDERSKI | Zbrodnie w kręgu życiowych uzależnień

To miejsce powinno być przyjemne, komfortowe i czyste. Powinno być też nieskazitelne pod względem moralnym, gdyż mocno skażeni są ludzie, którzy w nim przebywają. Skażeni własnymi decyzjami i wciąż nachodzącymi ich demonami przeszłości. Renomowana klinika leczenia uzależnień – to miejsce powinno wręcz koić tych, którzy szukają szansy na nowy start, ale jak pokazuje obszerny debiut Adama Widerskiego, równie dobrze może stać się zalążkiem poważnie zapętlonej intrygi kryminalnej. Tym razem Odwyk to terapia pełna różnorodnych emocji. 

ŚLEDCZY W T-SHIRCIE

Dżinsy i t-shirt z nadrukiem Linkin Park – właśnie tak ubiera się śledczy, któremu towarzyszy odbiorca w debiucie literackim Adama Widerskiego. Piotr Krzyski to policjant doszczętnie zaangażowany w śledztwo, zdeterminowany i bez wątpienia inteligentny, ale jednocześnie mocno niepokorny. Stara się niby trzymać nerwy na wodzy, ale wyraźnie widać, jak bardzo chce wyładować wewnętrzną złość. Tradycyjny narrator wielokrotnie przywołuje impulsywne myśli, jakie kłębią się w głowie Krzyskiego. Ten człowiek nie ma oporów, aby podczas przesłuchań odgrywać rolę złego policjanta, ale jako główny bohater, zostaje wystawiony na wyjątkowo ciężką próbę. Nie tylko ze względu na parszywe śledztwo – tak bardzo ocierające się o jego traumatyczne dzieciństwo i jednocześnie zabierające fragmenty szczęścia w jego obecnym życiu osobistym, ale również przez wzgląd na przydzieloną do zadania koleżankę, która nieustannie kusząc go swoim ponętnym ciałem, próbuje wkraść się w jego męskie łaski. 
BRUTALNIE I SYMBOLICZNIE 

Autor od początku mocno skupia się na pracy policji śledczej i z dużą dokładnością odwzorowuje sceny, które pojawiły się w jego wyobraźni. Czytelnik ma zatem szansę uważnie obserwować poszczególne działania, może też swobodnie wgryźć się w dialogi policyjne i tym samym formułować własne wnioski z prowadzonego dochodzenia. Zaproponowana intryga kryminalna jest bowiem naprawdę wielowątkowa, sprawca wyróżnia się nie tylko brutalnością, ale też dużym zamiłowaniem do symboliki. Każde miejsce zbrodni to niemal zbiór pozostawionych znaków oraz rekwizytów, które z jednej strony nadają intrydze mocno zagadkowego charakteru, z drugiej natomiast przynoszą wrażenie pewnego przesycenia. Trudno bowiem uwierzyć, że jeden sprawca mógłby aż tak bardzo szprycować miejsce zbrodni różnymi symbolami. Szczęśliwie dla samej intrygi, autor świadomie argumentuje każdy atrybut, a tym samym broni stanowiska, jakie obrał przy tworzeniu postaci seryjnego mordercy. 

W KRĘGU UZALEŻNIEŃ

Budowa zagadki kryminalnej to jedno, a umiejscowienie jej w odpowiednio dobranym otoczeniu to drugie. Adam Widerski wybiera do tego celu środowisko osób uzależnionych – niełatwe, brudne, momentami niedostępne lub wręcz zakłamane. Trudno wyczuć, kto mówi tu prawdę, a kto zwyczajnie buja w obłokach własnego głodu. To otoczenie może być mało przyjemne dla oka, patrzy się na nie z wyraźną niechęcią, ale trzeba przyznać, że autor traktuje temat bardzo rzetelnie, przydzielając odbiorcy miejsce dosłownie w pierwszym rzędzie. Co ważne, poza sferą uzależnień, Adam Widerski pochyla się także nad innymi obszarami natury społecznej. Znęcanie się nad własnym dzieckiem, bicie, poniżanie, a także jedno z najgorszych przestępstw, jakim jest pedofilia... Autor przedstawia w fabule różne stany patologiczne, pokazując niejednokrotnie, jak ogromny wpływ mają one – nawet po wielu latach – na dorosłe już życie człowieka. Ten społeczny wkład okazuje się jednym z najmocniejszych punktów debiutu Adama Widerskiego.

Recenzja w pigułce

Zdeterminowany śledczy z traumatyczną przeszłością, wielowątkowa i dobrze skonstruowana intryga kryminalna, a także mocno zagadkowe środowisko osób uzależnionych – to właśnie te elementy składają się na obszerny debiut Adama Widerskiego. Odwyk to w moim odczuciu kryminał naprawdę mocny, intrygujący i regularnie dający do myślenia. To książka, którą po prostu warto przeczytać.

„NIEBEZPIECZNA GRA” - EMILIA WITUSZYŃSKA | Czy to nowa Paulina Świst?

„NIEBEZPIECZNA GRA” - EMILIA WITUSZYŃSKA | Czy to nowa Paulina Świst?

Thriller sensacyjny z mocno zarysowanym romantycznym tłem. To właśnie taki miks gatunkowy coraz częściej robi furorę na polskim rynku wydawniczym. Modę tę zainaugurowała ukrywająca się pod pseudonimem Paulina Świst, ale inni autorzy nie pozostają w tyle, ze śmiałością wykorzystując chwytliwy motyw we własnych książkach. Jedną z tych propozycji jest debiutancka powieść Emilii Wituszyńskiej, Niebezpieczna gra. Czy spowite mafijnym klimatem uczucie między znanym autorem a niepokorną policjantką ma szansę zyskać dużą sympatię czytelników? 

ONA - ZDETERMINOWANA, ALE...

Wera Kardasz to postać idealna. I nie, nie chodzi o jej wygląd zewnętrzny czy postawę moralną, ale o wizerunek, jaki ta bohaterka tworzy w oczach czytelnika. To kobieta wyjątkowo harda, bez wątpienia inteligentna, zdeterminowana i nieustępliwa. Do czasu. Do czasu podjęcia tej jednej decyzji, która zaważa na życiu jej partnera zawodowego. Utrata przyjaciela wplata w życie Wery nie tylko naturalną przy śmierci bliskich żałobę, ale też zwykłe załamanie, bezradność i wstrętne uzależnienie, z którym tak trudno rozpocząć odważną walkę. Dopiero nowo przyznane zadanie sprawia, że kobieta po wielu miesiącach topienia się w rozpaczy, zaczyna ponownie wkradać się w łaski własnej determinacji.

ON - PRZEMĄDRZAŁY, ALE...

Znany aktor, Przemysław Rej, trafia pod opiekę Wery w związku z morderstwem, którego był jedynym świadkiem. Mężczyzna właściwie nic nie pamięta, gdyż w chwili zdarzenia był doszczętnie pijany, ale chcąc zapewnić bezpieczeństwo, policja proponuje mu całodobową ochronę w postaci nieco wynędzniałej policjantki. Kobieta szybko dostrzega, jakim typem faceta jest Przemek. Arogancki, przemądrzały i totalnie przewrażliwiony na swoim punkcie celebryta, po prostu narcyz jakich mało. Ewidentnie drażni go obecność Wery, która chroniąc mu życie, angażuje się w rolę jego nowej dziewczyny. Wspólnie spędzony czas pokazuje jednak, że nawet napuszony celebrycką dumą mężczyzna ma do zaoferowania pokaźny kęs ludzkiej empatii.
EROTYCZNE DARCIE KOTÓW

Ta para wyraźnie ma się ku sobie i chociaż początek ich nietypowej znajomości ociera się niemal o celebrycką patologię, to z czasem ten jakże osobliwy stosunek ewaluuje na tyle, aby pozwolić wyobraźni zobrazować bardziej niesforne myśli. Tak, między Werą i Przemkiem zaczyna kiełkować zupełnie nieoczekiwane uczucie, które raczej nie zaskoczy samego czytelnika, ale z pewnością pozwoli mu się dobrze bawić. Nie ma bowiem wątpliwości, że debiut Emilii Wituszyńskiej to pod kątem rozrywkowym powieść naprawdę mocna, ostra i elektryzująca.

KRYMINAŁ W CIENIU UCZUCIA

Niebezpieczna gra z założenia jest prawdopodobnie thrillerem, ale nietrudno zauważyć, że autorka znacznie bardziej skupia się na budowie łączącego głównych bohaterów romansu niż na wątku kryminalnym, który jest przecież jedynym pretekstem do spotykania się tej dwójki. Proporcje te są nieco zaburzone, ale nie zmienia to faktu, że książkę czyta się z zainteresowaniem aż do ostatniej strony. Co ważne, pod koniec wagi gatunkowe równoważą się i pierwotnie zacieniona akcja sensacyjna zaczyna również wodzić na pokuszenie.

DROBNE TURBULENCJE JĘZYKOWE

Emilia Wituszyńska nie szczędzi w swym debiucie brudnych słów, wulgaryzmy rozsiane są tu naprawdę gęsto, ale trzeba przyznać, że zbudowane przy ich pomocy zwroty w żaden sposób nie drażnią, a wręcz dobrze komponują się z dość rubieżnym charakterem całej fabuły. Powieść zdaje się być nieco poturbowana pod względem językowym, wiele obszarów potraktowanych jest błaho, jedynie muśniętych, ale są to tylko drobne turbulencje, które z pewnością nie mają wpływu na cały lot całej fabuły.


Recenzja w pigułce

Chociaż zapowiadana akcja sensacyjna chowa się pod erotyczną mgłą, to trzeba przyznać, że debiut Emilii Wituszyńskiej pozostawia naprawdę pozytywne wrażenie. Niebezpieczna gra to powieść czysto rozrywkowa, w której brutalne porachunki mieszają się z romantyczną ekstazą. Książkę polecam przede wszystkim tym, którzy w literaturze szukają dobrej zabawy.

„ODWRÓCENI” - PIOTR PYTLAKOWSKI, ARTUR KOWALEWSKI | Czy warto czytać... serial?

„ODWRÓCENI” - PIOTR PYTLAKOWSKI, ARTUR KOWALEWSKI | Czy warto czytać... serial?

Polska mafia wielokrotnie była już motywem literackiej eksploatacji. Gangsterskie porachunki i związane z nimi akcje policyjne zawsze budziły żywe zainteresowanie, a fakt, że publikowane historie często oparte są na realnych wydarzeniach, jedynie podwyższa poziom zaintrygowania. Tak jest właśnie z Odwróconymi – powieścią stworzoną na bazie znanego serialu o tym samym tytule, którego scenariusz jawnie nawiązuje do burzliwych czasów z przełomu lat 90. i początków nowego stulecia. Czasów, które zatrzęsły gangsterskim światem w Polsce.

TA HISTORIA WYDARZYŁA SIĘ NAPRAWDĘ

Historia Odwróconych z pewnością nie stanowi wielkiej tajemnicy, jest przecież ściśle oparta na wizualnie sportretowanym już scenariuszu, którego fundamenty również odbiorca powinien znać. Powinien znać, ponieważ opowieść ta stanowi sfabularyzowaną i nieco przekształconą relację wydarzeń, jakie w latach 90. stały się udziałem członków gangu pruszkowskiego – najbardziej znanej zorganizowanej grupy przestępczej w Polsce. Chociaż bohaterowie powieści mają inne nazwiska i tym samym inne pseudonimy, to bez trudności można wyróżnić ich rzeczywiste pierwowzory. Tą najważniejszą postacią okazuje się Jan Blachowski ps. Blacha, którego kreacja niemal całkowicie odwzorowana została na najpopularniejszym polskim świadku koronnym, Jarosławie Sokołowskim ps. Masa.
SERIAL NA PAPIERZE – CZY WARTO PONOWNIE POZNAWAĆ TĘ SAMĄ HISTORIĘ?

Przedstawione wydarzenia są powszechnie znane, ale trzeba przyznać, że dla miłośników mafijnych klimatów, spisana na papierze wersja Odwróconych powinna okazać się nie lada kąskiem, który pozwoli nie tylko utrwalić sceny poznane w serialu, ale też przyjrzeć im się bliżej i na nowo zinterpretować okoliczności, jakie towarzyszą poszczególnym epizodom. Propozycja panów Pytlakowskiego i Kowalewskiego z pewnością nie jest powieścią zaskakującą pod względem fabularnym, ale nadal pozostaje powieścią barwną, intrygującą i mocną. Historia ta jest harda i tym samym bardzo męska, ale prezentowane są w niej także wątki rodzinno-romantyczne, które dodają jej zaskakująco subtelnego, wręcz kobiecego wydźwięku. 

ZA POMOCĄ KADRÓW

Dwójka autorów dość dosadnie odwzorowuje sceny, jakie można obejrzeć na szklanym ekranie. Fabuła przedstawiona jest bowiem za pomocą krótkich kadrów, które naturalnie nasuwają myśl o telewizyjnym pierwowzorze. Taka konstrukcja – przypominająca niemal streszczenie – pozostawia wiele do życzenia, ale sama opowieść zdaje się być dobrym dopełnieniem historii znanej z ekranu. Świetne wrażenie pozostawia też regularnie podstawiany humor sytuacyjny, przy czym warto dodać, że jest to humor naprawdę czarny, z wyraźną mafijną nutą.
MAŁA PODPOWIEDŹ NA WSTĘPIE

Mocnym punktem okazuje się również zaprezentowany na początku spis postaci. Piotr Pytlakowski oraz Artur Kowalewski nie wchodzą bowiem od razu w treść ścieżki fabularnej, w zamian przedstawiają odbiorcy wszystkich bohaterów, jakich ten napotka na kolejnych kilkuset stronach. Ten zabieg można uznać za nieoceniony, gdyż postaci w Odwróconych jest naprawdę dużo i zwykła próba ich zapamiętania mogłaby okazać się nieskuteczna.

ACH TEN CZAS TERAŹNIEJSZY...

Autorzy opisali scenariusz w czasie teraźniejszym, co w moim odczuciu gryzie się z treścią całej powieści. Bo przecież ta historia jest już wielu odbiorcom znana. Znana z serialu, a pośrednio także z rzeczywistych wydarzeń. Właśnie dlatego propozycja przedstawienia jej w czasie teraźniejszym zdaje się być mało przemyślana i częściowo także nienaturalna. Momentami można odnieść wręcz wrażenie, że ktoś streszcza ją na sucho, zamiast barwnie o niej opowiadać.

Recenzja w pigułce

Chociaż konstrukcja i zastosowany w powieści czas teraźniejszy mogą pozostawiać wiele do życzenia, to spisana na bazie serialu historia Odwróconych z pewnością stanowi nie lada ciekawostkę dla miłośników gangsterskich klimatów. Książkę polecam w szczególności tym, którzy lubią historie z prawdziwym mafijnym dymem.

SPOTKANIE AUTORSKIE Z CHRISEM CARTEREM | RELACJA

SPOTKANIE AUTORSKIE Z CHRISEM CARTEREM | RELACJA

fot. Natalia Łubińska
Były psycholog kryminalny i gitarzysta rockowy, a także człowiek, który tworzy jedne z najbardziej przerażających kreacji literackich. Autor mocnego cyklu thrillerów psychologicznych ze śledczym Robertem Hunterem, właśnie odwiedził Polskę, aby promować swoją najnowszą powieść, Galerię umarłych. O czym opowiadał Chris Carter podczas spotkania w Warszawie?

Prowadzący spotkanie Adam Szaja już pierwszym pytaniem zbił autora z pantałyku. Chris Carter zapytany bowiem o to, co takiego narobił na ostatnich stronach najnowszej powieści, powiedział jedynie, że tego akurat zdradzić nie może - potwierdził jedynie, że czytelników rzeczywiście czeka duża niespodzianka i przyznał, że wciąż otrzymuje pełno wiadomości z zapytaniami, jak mógł coś takiego zrobić... Wiemy tylko, że na pewno nic nie stało się Robertowi Hunterowi - autor wyraźnie zadeklarował, że na ten moment nie ma w planach zabijać głównego bohatera.

CO ZAINSPIROWAŁO AUTORA DO STWORZENIA GALERII UMARŁYCH?

fot. Natalia Łubińska 
W Galerii umarłych sprawca zabija w dość specyficzny sposób. Czy autor miał do czynienia z kimś podobnym, gdy pracował jako psycholog policyjny? Chris Carter powiedział, że jego książki są zawsze połączeniem fikcji z rzeczywistością. Tak też było w tym przypadku. Razem z zespołem śledczym pracował bowiem pewnego razu na miejscu zbrodni, które było wyraźnie zaaranżowane i nasuwało myśl o dziele sztuki. To była inspiracja, do której autor wrócił po latach. Ci, którzy jeszcze nie czytali, już teraz mogą się zatem domyślać, co czeka ich w najnowszej powieści.

ROBERT HUNTER W POLSCE?
A może by tak Robert Hunter przyjechał do Polski na emeryturę? Prowadzący próbował zachęcić autora do takiego pomysłu sugerując, że bohater na pewno by się tu nie nudził. Chris Carter ze śmiechem zreflektował, że musiałaby to być śmierć przez wódkę. Opowiedział też, że dzień wcześniej, podczas spotkania autorskiego w Białymstoku, postawiono przed nim butelkę wódki i zmuszono, aby pił przy wszystkich. W warszawskim Empiku w szklance była ponoć woda, ale autor bał się sprawdzić, czy oby na pewno nie jest to powtórka z podlaskiej rozrywki. Wracając jednak do tematu, autor przyznał, że często jest pytany o możliwość przeniesienia bohatera w inne miejsce i zawsze odpowiada podobnie - jest to mało realne, gdyż policja po prostu nie pracuje w ten sposób.

KAŻDY MOŻE BYĆ MORDERCĄ
Chris Carter został zapytany również o to, ile osób wśród zgromadzonych na sali może być mordercą i na to pytanie odpowiedział bez zawahania - każdy. Łatwo jest bowiem twierdzić, że nigdy by się nie przekroczyło tej linii, dopóki nie stanie ona nam przed oczami. Dopiero w sytuacji, w której człowiek ma do wyboru zabić kogoś, bo inaczej ten ktoś zabije jego lub bliskie mu osoby, dowiaduje się, że jest zdolny do popełnienia morderstwa. Sytuacja zawsze może zmienić perspektywę w umyśle. 

TO NIE MIAŁ BYĆ KRYMINAŁ
Autor opowiedział też o prowadzonych przez siebie przesłuchaniach seryjnych morderców, o znanej sztuczce policyjnej z udziałem dobrego i złego policjanta, a także o tym, jak to się stało, że w ogóle został pisarzem i przełożył kiełkującą mu w głowie historię na papier. Przyznał się również do tego, że jego pierwsza książka w założeniu wcale nie miała być kryminałem, zaczął już nawet pisać coś innego, ale zważywszy na własne doświadczenie zawodowe, zdał sobie sprawę, że mógłby napisać naprawdę dobrą powieść kryminalną.

CHRIS TO BARDZIEJ HUNTER CZY BARDZIEJ GARCIA?
Chris Carter przyznał na koniec, że Robert Hunter powstał dosłownie z niczego, ale podobnie jak inni pisarze, tak i on wkłada w swoich bohaterów cząstkę siebie. Przede wszystkim w Carlosa Garcię, który podobnie jak sam autor jest Brazylijczykiem, ma długie włosy i jest kawalarzem, ale też w Huntera, który tak jak on jest trochę samotnikiem, cierpi na bezsenność i lubi whiskey. 

Zastanawiasz się, gdzie kupić najnowszą powieść Chrisa Cartera?
Poniżej podpowiadam, gdzie możesz dokonać najkorzystniejszego zakupu. 

3 PIERWSZE ROZDZIAŁY POWIEŚCI „WIĘCEJ NIŻ POCAŁUNEK” | Jak będzie smakował debiut Helen Hoang?

3 PIERWSZE ROZDZIAŁY POWIEŚCI „WIĘCEJ NIŻ POCAŁUNEK” | Jak będzie smakował debiut Helen Hoang?

Zatopiona w skomplikowanym świecie algorytmów, mocno wycofana społecznie i zauważalnie wrażliwa na dotyk młoda kobieta, a także on – mężczyzna fizycznie idealny, czarujący w rozmowie i z nieznanych przyczyn dorabiający jako facet do towarzystwa. To właśnie taka relacja czeka czytelników, którzy dorwą w swoje ręce jeden z najbardziej oczekiwanych kobiecych debiutów tego roku. Premiera powieści Więcej niż pocałunek Helen Hoang zaplanowana jest na czerwiec, ale wybrańcy mogli już teraz posmakować jej pierwszych trzech rozdziałów. Czy przystawka zachęca do spróbowania głównego dania?

FACET POTRZEBNY OD ZARAZ?
NIE, TO RACZEJ MĘSKA WERSJA PRETTY WOMAN

Helen Hoang w specjalnie przygotowanym posłowiu przyznaje, że od dawna myślała o stworzeniu odwróconej wersji historii znanej z filmu Pretty Woman, ale na przeszkodzie zawsze stał motyw, jaki miałby skłonić główną bohaterkę – kobietę atrakcyjną, wykształconą i odnoszącą stałe sukcesy zawodowe – do skorzystania z usług zwykłego żigolaka. A jednak Stella Lane ma naprawdę sensowny argument, aby wynająć sobie pana do towarzystwa. Do towarzystwa, ale nie tylko.
TOWARZYSZ ŻYCIA – ASPERGER

Asperger to niewątpliwie słowo klucz w debiucie Helen Hoang. Początkująca pisarka świadomie uderzyła bowiem w problemy osób cierpiących na trudniejszą w rozpoznaniu formę autyzmu, w tym przede wszystkim tych, którzy zamykają się na bliskie kontakty z innymi. Jak się okazuje, dla głównej bohaterki wynajęty za pieniądze Michael ma być rodzajem swoistej terapii, dzięki której kobieta ma zamiar nie tylko nabrać pewności siebie i zminimalizować rządzące jej ciałem obsesje, ale przede wszystkim pragnie wzbogacić praktyczną wiedzę o relacjach intymnych. Tak jest, Stella Lane postanawia nająć przystojnego mężczyznę, aby w ten nieoczywisty sposób nauczyć się seksu.

GRA ZACZNIE SIĘ WTEDY, GDY POJAWIĄ SIĘ UCZUCIA

Już pierwsze wspólne sceny tej dwójki kreślą charakter całej fabuły. Więcej niż pocałunek to z zamiaru książka nasiąknięta erotyzmem, zmysłowością i trudnym do opanowania pożądaniem, ale też dająca kawałek materiału do solidnych socjologicznych przemyśleń. Trudno bowiem nie zauważyć że poza wyraźną seksualną nutą, to właśnie uczucia będą grać tu pierwsze skrzypce. Zupełnie niespodziewane i początkowo przygłuszone, ale z czasem znacznie bardziej wyraziste i intensywne – prawdopodobnie, bo przecież ten etap książki czytelnicy mają jeszcze przed sobą. Niech jednak ta prognoza stanie się ognistą zachętą do posmakowania całej opowieści. Wszystko wskazuje bowiem na to, że Helen Hoang stworzyła niecodzienną, a przy tym nadal uwodzicielską i zaskakująco zabawną historię, która ma szansę na realny sukces wśród polskich czytelniczek.

„WIĘCEJ NIŻ POCAŁUNEK” - HELEN HOANG

Według trzydziestoletniej Stelli świat powinien rządzić się jedynie prawami logiki. Tworzenie algorytmów wydaje jej się zdecydowanie prostsze niż relacje z mężczyznami. Wizja bliskości budzi w niej niechęć, a na myśl o całowaniu robi jej się niedobrze. Trochę pod wpływem matki, trochę dla samej siebie postanawia to zmienić. Na pewno nie pomagają jej chorobliwe trudności z nawiązywaniem relacji. Czy to wina objawów zespołu Aspergera, czy może Stella tak po prostu ma?

Do wprowadzenia zmian w swoim życiu Stella zabiera się nietypowo. Chce „nauczyć się współżyć”, potrzebuje dobrego treningu. Uznaje, że do ćwiczeń najlepiej nada się profesjonalista, czyli wynajęty mężczyzna do towarzystwa. Tak poznaje Michaela. Plan lekcji, który wspólnie realizują, wychodzi znacznie poza całowanie. Ich biznesowy układ szybko zmienia swój charakter. Stella odkrywa, że w życiu najbardziej liczy się to, co wymyka się równaniom matematycznym.

„Więcej niż pocałunek” to brawurowy debiut Helen Hoang, która zainspirowana własnymi doświadczeniami stworzyła historię miłosną z motywami psychologicznymi i dawką subtelnie rozegranych wątków erotycznych.

Wyjątkowa. Seksowna. Zabawna. Książka „Więcej niż pocałunek”, pasjonująca opowieść o nietypowych miłosnych perypetiach Stelli Lane, wygrała w plebiscycie na najlepszą książkę roku – Goodreads Choice Awards. Uzyskała przy tym bezprecedensową liczbę 45 tysięcy głosów! 

PREMIERA POWIEŚCI 5 CZERWCA, ALE KSIĄŻKA JUŻ TERAZ DOSTĘPNA JEST W WYBRANYCH KSIĘGARNIACH:

PATRONAT MEDIALNY

Copyright © 2016 Mozaika Literacka , Blogger