Polecam

Najnowsze posty
„ZIMNY TROP” – BEATA I EUGENIUSZ DĘBSCY | To nie jest typowy kryminał…

„ZIMNY TROP” – BEATA I EUGENIUSZ DĘBSCY | To nie jest typowy kryminał…

Nie każdy kryminał żywi się wartką akcją. Nie każdy rzuca szalonymi zwrotami akcji. Nie każdy też zaskakuje finalnym epizodem. Nie każdy kryminał okazuje się rasowym kryminałem. Gdy inne wabiki grają odpowiednio, może to oznaczać jedno – w tym niecodziennym spektaklu intryga kryminalna ma po prostu inne zadanie. Ma nawiązać z czytelnikiem żywy dialog i angażować go w poszczególne sceny tak, jakby to on był bohaterem toczących się na łamach fabuły wydarzeń. Ma skłaniać do rozbudzania własnej czujności. I takie właśnie wrażenia pozostawia na mnie Zimny trop, drugi tom cyklu kryminalnego Beaty i Eugeniusza Dębskich, którego pewne walory zwyczajnie warto docenić.

Prywatny detektyw Tomasz Winkler wciąż boryka się z dotkliwymi konsekwencjami nikczemnej sprawy znanej odbiorcom z powieści Dwudziesta trzecia, która to rozpoczyna ten osobliwy cykl kryminalny. Tym razem zlecenie przychodzi z najmniej oczekiwanej strony. To Roma Wiśniowiecka, nacechowana sarkastycznym charakterem i ubóstwiająca dobry koniak starsza pani, a przede wszystkim babcia Tomka, stawia przed wnuczkiem dość tajemnicze zadanie. Okazuje się, że z pewnego urokliwego kurortu, bez słowa znikł starszy mężczyzna – napotkany przypadkowo dawny przyjaciel babci Romy. Przez wzgląd na bliskie więzi, sprawa zaginięcia zdaje się być tym bardziej przejmująca, trudna, a przy tym naprawdę wyjątkowa. Nieustannie padający śnieg, nieprzyjemności ze strony dawnych kolegów-policjantów oraz pojawiające się nowe kobiece twarze sprawiają, że Winkler ma przed sobą mocno niecodzienne wyzwanie.

Ten spektakl nie jest pełen kryminalnych wrażeń, silne emocje nie rządzą tu czytelnikiem, a końcowy rozkład zdarzeń okazuje się zaskakująco… przewidywalny, ale mimo tych mało kryminalnych atrybutów, Zimny trop można spokojnie uznać za dobrą sztukę fabularną. Może zaproponowana akcja jest zauważalnie nieśpieszna i wyraźnie nastawiona na wielostronicowe dialogi, ale jest w tej opowieści coś, o co nierzadko trudno w innych książkach – prawdziwa dawka ludzkiego humoru. Rozmowy między Tomkiem i babcią Romą, choć odczuwalnie jest ich nieco mniej niż w pierwszym tomie, naprawdę robią świetną robotę. Ulatujący się z ich wypowiedzi sarkastyczny smak oraz słodkie rodzinne złośliwości okazują się na tyle zabawne, że odbiorca co i rusza podnosi uśmiech w trakcie lektury. Sam Winkler cechuje się swoistą przenikliwością, o którą najczęściej posądza się śledczych znanych z klasyki kryminału. I to podobieństwo bardzo mi odpowiada.

Tu nie ma zaskakujących zwrotów akcji oraz szalenie pędzącej akcji, w zamian jest dobrze przemyślana i z pewnością porządna intryga fabularna, okraszona zaraźliwą ironią oraz dużą dawką uroczych sarkastycznych docinek. Zimny trop to w moim odczuciu nie jest w ogóle kryminał, z pewnością nie rasowy, jest to raczej pełnoprawna i wyraźnie nastawiona na humorystyczne dialogi powieść detektywistyczna, którą śledzi się z niemałym zainteresowaniem. Żywa literacka przyjemność ukryta pod błędnym kryminalnym szyldem – moim zdaniem jest to przyjemność warta samodzielnego sprawdzenia. Ze względu na liczne powiązania do pierwszego tomu, polecam książkę Dębskich przede wszystkim tym, którzy znają już poprzednią sprawę Tomka Winklera.
„KRWAWY PETER” – JAROSŁAW MOLENDA | Kim był Peter Kürten – Wampir z Düsseldorfu?

„KRWAWY PETER” – JAROSŁAW MOLENDA | Kim był Peter Kürten – Wampir z Düsseldorfu?

Zaczytując się w kryminałach, niejednokrotnie wyczuwam w sobie żywe zainteresowanie, niemy zachwyt, czasami nawet błogą ekscytację. Te jakże przyjemne uczucia najczęściej okazują się wyrazem podziwu dla jakości intrygi kryminalnej, jej wyraźnej zawiłości, przebiegłości oraz dostrzegalnej mocy literackiej. Jest to podziw nad pracą rzemieślnika – autora tejże intrygi. Zupełnie inne wrażenia towarzyszą mi w lekturze historii prawdziwych, reportaży, publikacji popularnonaukowych. Taki tytuł mam właśnie świeżo za sobą – Krwawy Peter to prawdziwa i jakże szokująca historia Petera Kürtena – autentycznego zwyrodnialca, zwanego Wampirem z Düsseldorfu. Ta książka doszczętnie przeraża, bulwersuje, może nawet pozbawia tchu. Z pewnością natomiast budzi wyobraźnię i mocno intryguje.

Jarosław Molenda nie łagodzi żadnych scen. Relacjonuje historię rozbudzonego chorym pożądaniem zła, wielokrotnie korzystając ze słów samego zwyrodnialca. Tu nie ma miejsca na piękne eufemiczne teksty, nie ma też miejsca na fabularyzację zdarzeń. Tu dzieje się mordercze przedstawienie, tak rzetelnie spisane w efekcie porządnego dziennikarskiego śledztwa. Szczegółowe opisy morderstw, gwałtów i pozostałych zbrodni, opisy szalonego upojenia dokonaną zbrodnią, wspomnienia sadystycznego ukojenia trudnych do zrozumienia wampirycznych żądz. Mocne treści oklejone przypisami, fotografiami, wypowiedziami świadków i samego psychopaty – to naprawdę trudna tematycznie publikacja, a jednocześnie zaskakująco łatwo przyswajalna pod kątem czytelniczym. Trudno w niej o jakąkolwiek subtelność, choć reasumując działania Petera Kürtena, trzeba przyznać jedno – to właśnie wiarygodna, życzliwa i zapewne mocno dżentelmeńska postawa seryjnego mordercy, pozwalała mu w tak łatwy sposób nawiązywać nowe znajomości, zachęcać napotkane ukradkiem osoby do rozmowy lub nawet do wspólnego spaceru. Po prostu budzić zaufanie. Zaufanie, które zgubiło tyle niewinnych kobiet, dzieci, nawet mężczyzn. 

Historia Wampira z Düsseldorfu rozdaje bolesne emocje, wkrada się do najgorszych ludzkich wyobrażeń i każe je sobie wizualizować z najwyższą starannością. Krwawy Peter to w moim odczuciu naprawdę mocna i dogłębna publikacja, z pewnością przesiąknięta krwią i podżegana perfidną żądzą, a przy tym tak przerażająco dobra, wciągająca, potrzebna. Jarosław Molenda prezentuje efekty świetnego dziennikarskiego śledztwa, które zatrważają swą treścią, a jednocześnie dają do myślenia – w końcu osoby o tak zwyrodniałych potrzebach istnieją, żyją wśród nas, może nawet właśnie próbują wzbudzić nasze zaufanie. Teraz wiem jedno, w obliczu tak parszywego zła, nawet czujność nie wystarczy. Publikację naprawdę polecam.

„DOBRZY SĄSIEDZI” – SARAH LANGAN | Kiedy zło mieszka po sąsiedzku...

„DOBRZY SĄSIEDZI” – SARAH LANGAN | Kiedy zło mieszka po sąsiedzku...

To może być dobry człowiek. Na co dzień uśmiechnięty, poukładany, z pewnością życzliwy. To może być też gburowaty staruszek, albo niczemu winna, choć stale wtrącająca się przygłucha babcia. Ale równie dobrze, może to być prawdziwie groźny typ o mało szaleńczej twarzy lub zaskakująco pedantyczna kobieta, której towarzystwo zawsze zdaje się być otulone jakąś dziwną enigmatyczną aurą. To właśnie ten ostatni opis najbardziej pasuje do jednej z głównej bohaterek powieści Dobrzy sąsiedzi autorstwa Sarah Langan. Książki, z której oparami wydostaje się swoistość natury ludzkiej. I ta historia również jest dziwna. Dziwna, a przez to naprawdę dobra, mocna i szalenie wciągająca.

Książka pozornie dramatyczna okazuje się idealnie plasować nie tylko w ramach dramatu, ale też w szablonie perfekcyjnie skrojonego thrillera psychologicznego. W tej opowieści fabularnie może niewiele się dzieje, akcja osadzona jest w większości przy jednej ulicy i jest dostrzegalnie nieśpieszna, a wydarzenia – choć fragmentami nieprzyjemne, brudne, wręcz szalone – zdają się być jedynie następstwem tego, co dzieje się w głowach bohaterów. Szczególnie w głowie jednej z nich. Rhea Schroeder to postać utkana pozorami sąsiedzkiej życzliwości. Kobieta bardzo poukładana, teoretycznie towarzyska i naprawdę lubiana, z pewnością sympatyczna. A jednak to właśnie ona zostaje wybrana jako fabularny nośnik ludzkiego zła. Zła zupełnie niewidocznego, które raczkuje bardzo powoli i nad wyraz świadomie dojrzewa w umyśle kobiety. Dojrzewa, aby w odpowiednim czasie zarazić otoczenie swoimi jakże mrocznymi symptomami.

Uzależnienia, nagminne kłamstwa, niewidoczne akty przemocy, przerażające intrygi, dramatyczne wydarzenia. Tu rozgrywają się naprawdę potężne frustracje. Tu dzieje się nienawiść. Tu wreszcie kręci się karuzela mocno parszywych zdarzeń. Chociaż główna gra toczy w umysłach mieszkańców pozornie uroczej Maple Street, to nietrudno dostrzec, jak bardzo wpływa ona na realne sąsiedzkie życie. W końcu nie każdy jest w stanie odbić piłeczkę zła. Nie każdy chce walczyć. Nie każdy ma na to siłę. I nie każdy da sobie z tym radę. Nie mam wątpliwości, iż jest to przedstawienie dla odważnych i czujnych – warto się mu przyjrzeć, aby zrozumieć, jak bardzo niebezpieczna może okazać się ludzka natura. Ta książka wielokrotnie zaskakuje i wyraźnie daje w kość, ale jednocześnie  naprawdę daje do myślenia.

Dobrzy Sąsiedzi Sarah Langan to gatunkowe połączenie thrillera psychologicznego z poważnym dramatem – bardzo dobre, bardzo żywe i naprawdę przerażające w swej treści. Historia inna niż wszystkie, mocno osobliwa, w kilku fragmentach wręcz trudna do logicznego okiełznania. Można odnieść wrażenie, że fabularnie mało się tu dzieje, ale to nieśpieszne tempo to jedynie hołd dla wzbierającej się fali sąsiedzkiego zła – główna gra toczy się tu bowiem w głowach mieszkańców. Z pewnością toczy się w umyśle jednej, aż nadto specyficznej kobiecej bohaterki. Takiej postaci literacko jeszcze nie spotkałam! Warto, naprawdę warto sprawdzić ten tytuł na sobie.
„SUKNIA” – JENNIFER ROBSON | Kobieca. Ujmująca. Szykowna. Niepowtarzalna.

„SUKNIA” – JENNIFER ROBSON | Kobieca. Ujmująca. Szykowna. Niepowtarzalna.

Jestem nią zachwycona. Jestem nią rozemocjonowana. Jestem nią onieśmielona. Podziwiam jej unikalny szykowny styl. Rozkoszuję się jej pięknie wyhaftowanymi słowami. Żyję nią. Żyję opowieścią, która w moich oczach okazała się fabularną definicją kobiecego piękna, wrażliwości, może nawet intymności. Właśnie tak esencjonalne wyobrażenie wizualizuje mi się w głowie, gdy myślę o powieści Suknia. Opowieść o królewskim ślubie autorstwa Jennifer Robson – historii na wskroś uczuciowej, momentami bardzo trudnej i przerażającej, a przy tym tak zaskakująco spokojnej, eterycznej i kobiecej.

Tytuł tej powieści został potraktowany nieco przesadnie. Sugerując się jego zapisem, można spodziewać się bogatej relacji z niezwykłego ślubu królowej Elżbiety II, można też oczekiwać smaczków z życia rodziny królewskiej, a jednak to nie królewskie życiorysy stanowią fundament tej historii. Przypisana w tytule opowieść o królewskim ślubie, w tej niezwykle pięknej i jakże wywarzonej tradycyjnej narracji, przybiera jedynie formę swoistego tła, z pewnością nie wysuwa się na pierwszy plan. W oczach czytelnika powieść ta stanowi fabularny zarys życia trzech wyjątkowych kobiet – dwóch niesamowitych hafciarek pracujących w latach czterdziestych dla słynnego domu mody Hartnella, a także młodej Heather, dla której współczesna już podróż do Londynu, okazuje się wymownym odkryciem tajemniczej przeszłości jej niedawno zmarłej babci. Każda z tych kreacji wyróżnia się inną osobowością, innymi emocjami oraz inną historią życiową, ale każda z nich zdaje się być naprawdę wiarygodna, przekonująca, bez wątpienia potrzebna do pełnego wymiaru tej ekscytującej opowieści.

Jak ja doceniam takie książki! Fabularnie sięgające daleko w głąb burzliwej historii, dotykające brutalnych, niezrozumiałych i jakże wrażliwych czasów drugiej wojny światowej, a przy tym tak bardzo delikatne, stonowane i fascynujące zarazem. W tym przypadku nie wszystkie historie zostają wypowiedziane na głos. Bo przecież trudno się zmierzyć z bólem serca. A jeszcze trudniej zmierzyć się z bezradnością wobec niechcianego wojennego scenariusza. To właśnie tak niewyobrażalnie trudne emocje towarzyszą dwóm młodym hafciarkom. Fascynujący, choć zapewne bardzo żmudny proces tworzenia królewskiej sukni ślubnej, to oczywiście swoiste wydarzenie dla pracownic domu mody, ale to ich życiowe decyzje, wojenne wspomnienia oraz wciąż żarzące się rodzinne tajemnice, stają się najbardziej wymownym obrazem tej powieści. I nie mogłabym zapomnieć o samym Londynie! To niewyobrażalne, z jaką przyjemnością, żeby nie rzec pazernością, przemierzałam z bohaterkami ulice tego miasta. Miasta, które sama tak dobrze znam. 

Kobieca. Ujmująca. Szykowna. Niepowtarzalna. Właśnie taka jest Suknia autorstwa Jennifer Robson. To ten typ powieści, której się zwyczajnie nie czyta. Tę historię się podziwia. Tą historią się żyje. Tę historię przeżywa się wreszcie na wskroś i chłonie z należytą jej zachłannością. Jennifer Robson stworzyła naprawdę wymowny portret młodych kobiet, które wraz ze swą wyjątkową pasją oraz niezwykłą uczuciowością musiały zetrzeć się z powojenną rzeczywistością. Niesamowity proces tworzenia sukni ślubnej księżniczki Elżbiety to jedynie ekscytujący dodatek w tym poruszającym fabularnym świecie. Książkę polecam miłośnikom najważniejszych ludzkich wzruszeń, z pewnością nie tylko fanom rodziny królewskiej.

„JEJ JEST TA CZERWIEŃ” – IZABELA KAWCZYŃSKA | To się wydarzyło naprawdę…

„JEJ JEST TA CZERWIEŃ” – IZABELA KAWCZYŃSKA | To się wydarzyło naprawdę…

Tym razem fikcja szeroko obejmuje rzeczywistość, gdyż ta prawdopodobnie na zawsze pozostanie nierozpoznana – Jej jest ta czerwień to obszernie sfabularyzowany przebieg jednej z najgłośniejszych spraw o morderstwo w historii USA, która zamknięta w ramach powieści kryminalnej, okazuje się jeszcze bardziej wymowna, intrygująca, w gruncie swej procesowej nieudolności może nawet szalona. Tu nie ma przecież dowodów. Tu są jedynie podejrzenia. A jednak jest winny i jednocześnie winnego brak. Opowieść spisana przez Izabelę Kawczyńską zadziwia i wielokrotnie przewraca myślenie, a jednak przyciąga wzrok i daje się intensywnie chłonąć.

Historia zapisana na łamach tej książki zainspirowana jest wyjątkowo głośnym i przede wszystkim niewyjaśnionym od lat morderstwem, jakie miało miejsce w 1954 roku w Bay Village w Ohio. Możliwych rozwiązań było wiele, autorka zmyślnie te sposobności prezentuje, dodaje im fabularnego i zauważalnie fikcyjnego smaku, a jednak mimowolnie podkreśla, że w tej przedstawionej wizji może czaić się prawda. W końcu realny proces okiem współczesnego znawcy – laika zapewne też – był nieodwracalną sądową farsą. Mętne przypuszczenia przeciwko równie mętnym wyjaśnieniom. I to właśnie te mętne poszlaki doprowadziły do skazania. To nie była łatwa sprawa, ale pierwotne wskazanie winnego okazało się ogólnospołeczną łatwizną. Oczywistością. Tak łatwo jest przecież przypisać łatkę zła i udawać, że wrota tegoż morderstwa właśnie zostały słusznie domknięte.

Poruszona obszernie intryga kryminalna jest tu niewątpliwie mocną bazą, takim fundamentem, który spaja całą historię, ale czytelnik doświadcza przy tej opowieści znacznie więcej niż udział w śledztwie. Autorka robi bowiem coś szalonego. W zauważalnie dorodnym wydaniu historia stricte kryminalna, z pewnością mrożąca krew w żyłach i w zamiarze brutalnie panosząca się po umyśle, tutaj nabiera zupełnie innego wymiaru. Staje się piękną opowieścią. Wyraźnie nabiera cech literatury pięknej i prawdopodobnie właśnie tak może być przez wielu osądzana. Książka ta niewątpliwie urzeka bowiem swoim stylem, językiem, barwą. Jest w tym literackim kontekście zaskakująco dobra.
Równie ciekawy okazuje się wachlarz podjętych obszarów. Autorka nie poprzestaje bowiem na opisie zbrodni, celowo wychodzi poza szereg sprawy, sięga dalszych wątków, mnoży tematy, zaskakując niekiedy ich porażająco głębokim wymiarem. Niech za przykład posłużą nawiązania do nazizmu albo świadoma charakterystyka roli zwierząt, mężczyzn i wreszcie kobiet na przełomie różnych dekad. Pani Krawczyńska śmiało zahacza nawet o temat feminizmu, coraz szerzej panoszącego się nie tylko w kobiecych myślach, ale też w ich otwartych czynach. Porusza się wreszcie po lokalnej społeczności, szczególny nacisk kładąc na tych, na których w zwizualizowanej wersji zdarzeń, mógłby paść choćby ledwie uchwytny cień podejrzliwości. Przeszukuje ich umysły, szuka w nich działań, próbuje zrozumieć niezrozumiałe. A czytelnik śledzi te jakże bogate opisy i próbuje wyszarpać z nich jak najwięcej.

Ale co ważne, autorka działa nieśpiesznie, bardziej skupia się na charakterystyce, na drobiazgach, aniżeli opowiada o motywach lub realnych działaniach. Każe odbiorcy poznać każdą postać dogłębnie, nie zostawiając śladów suchej powierzchownej znajomości. Pozwala też poznać ich rodzinne skrzywienia, wzajemne nienawiści i rozczulające katastrofy, a także ich często trudne lub nieobyczajne myśli, po czym dopiero na końcu wyjaśnia popełnione przez nich, często ostateczne czyny. Czyny, które w tle głośnej sprawy dają do myślenia. I uczucia, które swą porażającą głębią do tych właśnie czynów zapewne doprowadziły. A było ich zaskakująco dużo. Może nawet za dużo, jak na tak niewielką społeczność.

I otóż trafił mi się retro kryminał z przeznaczeniem dla koneserów literatury pięknej. Coś niebywałego, nieśpiesznego, stylistycznie zachwycającego, a jednocześnie stojącego na fundamentach autentycznego procesu śledczego. Jej jest ta czerwień to książka w pełnym wymiarze zaskakująca. Mimo regularnego usypiania czujności, łatwo wychwycić w tej historii punkty zwrotne, rozkoszować się ich logiką, a następnie wpajać własnej świadomości, że ta historia rzeczywiście miała wiele możliwych rozwiązań. Ta doza niepewności panoszy się niemiłosiernie i sprawia, że powieść Izabeli Kawczyńskiej jest w moim odczuciu naprawdę mocna, intrygująca i szalenie dobrze napisana.

„CZERWONY WILK” – JEN WILLIAMS | Lepiej nie gaś świateł…

„CZERWONY WILK” – JEN WILLIAMS | Lepiej nie gaś świateł…

Znalezione niby przypadkiem ciemnobrązowe pióro, zostawiona przy nim tajemnicza wiadomość, czarne serce zdające się być zwieńczeniem przerażającego przekazu i wreszcie zagubiony ptak, zduszony bezradnością, odbijający się ślepo od ścian w obłąkańczym szukaniu odebranej zapewne niedawno wolności. Pozostawione niby fizycznie, a jednak w odmętach ludzkiej świadomości – przepowiednie nadchodzącego zła. To właśnie takie symbole stają się domeną powieści Czerwony wilk autorstwa Jen Williams, historii wywołującej dreszcze, która daje się chłonąć z zatrważająco skuteczną pazernością.

To nie jest zwykły thriller. Mocno dostrzegalne elementy grozy każą wręcz sądzić, że autorka pokusiła się tutaj o coś więcej – w mojej opinii nawet o namiastkę delikatnej powieści grozy, sprytnie zakotwiczonej w dobrze przemyślanej i z pewnością osobliwej intrydze kryminalnej. Intryga ta zbudowana jest na sprawdzonym fundamencie, jakim jest dawna tajemnica rodzinna. W tym przypadku tajemnica matki, która z nieznanych przyczyn wybrała drogę samobójstwa, pozostawiając córce przerażające odkrycie – przepełnione przyjacielską trwogą listy, jakie kobieta otrzymywała niegdyś od dawno osadzonego za kratami seryjnego mordercy – Michaela Reave’a, nazywanego w mediach Czerwonym Wilkiem. To właśnie wątek tego mordercy, a właściwie jego nieobliczalnego naśladowcy, zdaje się spajać intrygę fabularną w jedną całość. Ta intryga w odczuciu zdaje się być momentami szalona, ale z pewnością jest piekielnie dobra, osobliwa, finalnie też mocno satysfakcjonująca.

Ta historia gwarantuje jeszcze więcej. Zmyślnie zaaranżowane w niej elementy grozy, połączone z odkrywającymi kolejne karty tajemniczymi retrospekcjami, budują bowiem niebywale intensywny smak przerażenia. Odczucia te bez wątpienia wpływają na jedno – na tętniący w żyłach, odczuwalnie mroczny klimat, zahaczający o niespodziewaną aurę pierwszych wydań baśni braci Grimm oraz o intensywne zwierzęce instynkty, tak dobrze dopasowane do tytułu samej powieści. I tego smaku nie psuje nawet oderwane od rzeczywistości śledztwo, mało przemyślane pod kątem strategicznym, a przede wszystkim lakoniczne angażowanie do rozmów z seryjnym mordercą bohaterki, która nie jest do tych rozmów w żaden sposób przygotowana. Ten element może trochę boleć, szczególnie pasjonatów dobrze przeprocesowanych powieści kryminalnych, ale nie powinien wpływać na odbiór samej fabuły, na jej baśniowe ogniwa oraz bohaterów, którzy może nie staną się naszymi ulubieńcami, ale raczej dają się szybko zaakceptować, wraz ze swoimi brudnymi ludzkimi przywarami. 

Ale to było dobre, mocne i zaskakujące! Totalnie elektryzujący thriller, nasiąknięty mrożącymi krew w żyłach elementami grozy oraz czymś niebywałym – taką ledwie wytłumaczalną ludzką goryczą połączoną z niespodziewanym, zwierzęcym wręcz impulsem zła. Chociaż przebieg śledztwa wyraźnie umyka ramom realnego życia, w tej formie nie mógłby mieć odzwierciedlenia w rzeczywistości, to jednak nie przeszkadza to w zachłannej obserwacji toczących się wydarzeń. Sama intryga zdaje się być szalona, z pewnością osobliwa, mocno bazująca na rodzinnej tajemnicy. Niby czytelnik dużo dowiaduje się z retrospekcji, dużo się też domyśla, a jednak finalne rozwiązanie daje porządny zastrzyk satysfakcji. Książka warta sprawdzenia.

„SPOTKANIE W POSITANO” – GOLIARDA SAPIENZA | Czytajcie tę książkę na głos!

„SPOTKANIE W POSITANO” – GOLIARDA SAPIENZA | Czytajcie tę książkę na głos!

Nie zawsze potrzeba wielu słów, aby oczarować czytelnika. Czasami wystarczy zaledwie dwieście stron tekstu, aby obdarować odbiorcę niezwykłym przeżyciem. Jeżeli w takiej historii, z założenia fabularnej, niespodziewanie zaszyta zostanie autobiograficzna nuta, to dzieje się coś szalonego – zarysowana niemal poetyckim stylem fabuła okaże się bowiem czymś znacznie więcej. Okaże się zapisem życia, a przynajmniej jego sfabularyzowanym fragmentem. I właśnie taką książką jest Spotkanie w Positano. Opowieść namacalnie krótka, a jednak zaskakująco piękna, nastrojowa i doszczętnie zajmująca.

Ta lektura to historia niezwykłej relacji łączącej dwie kobiety z wyższych sfer. Te kobiety – tak nieśmiałe, a jednak podążające śladem własnej ciekawości – wzajemnie się odkrywają, szukają w sobie piękna, kobiecości, inteligencji, pasji i osobliwości, które razem podjęte sprawiają, że obie panie zdają się łaknąć tej relacji z każdą chwilą jeszcze bardziej. Jeszcze dosadniej, obszerniej, mocniej. Główna bohaterka, odziana w rolę narratorki, ma na imię dokładnie tak jak autorka powieści – to właśnie ten niezapowiedziany wcześniej zabieg każe sądzić, że jest to niejako historia własna Goliardy Sapienzy, niesamowitej wielbicielki kobiet, anarchistki, prekursorki gender i jednocześnie bohaterki wojennej. Może to historia nabyta jakimś pięknym doświadczeniem i ubarwiona od strony emocjonalnej, a może całkowicie zmyślona, będąca jedynie wizją, może nawet sfabularyzowanym zarysem jakiegoś snu autorki. Tu nieco czytelnikom rozjaśnia posłowie.
Goliarda samodzielnie relacjonuje większość scen, ale zdarzają się też fragmenty, w których narrację przejmuje druga bohaterka, a niekiedy, zupełnie niespodziewanie, wkrada się także narracja tradycyjna. To niełatwy w odbiorze zabieg. Wymaga porządnego skupienia. Wymaga też niczym nie zmąconej chęci. Mogłabym wręcz napisać, że tej lekturze potrzeba jednego. Trzeba ją po prostu poczuć. To niby niewiele, a jednak ta specyficzna forma relacjonowania zdarzeń może skutecznie blokować to zadanie. Jeżeli jednak się uda, to nie pozostaje nic do dodania. Wtedy już się rozumie. Już się żyje tą historią. Już się ją chłonie, z każdą stroną coraz bardziej zachłannie. Ta przeważająca narracja Goliardy pozwala odbiorcy na jeszcze więcej. Czytelnik mimowolnie bowiem nie tylko żyje niebywałą relacją dwóch kobiet, ale też chce emanować jej wyjątkowością, czułością i tak rzadko spotykaną sensualnością. Drobnym mankamentem, prawdopodobnie błędem, zdaje się być jedynie zróżnicowana forma imienia drugiej bohaterki. Raz jest to Erika, innym razem Erica – czasem nawet w tym samym akapicie użyte są dwie różne formy. Jeżeli to nie błąd, a celowe zagranie, brakuje jakiegoś uzasadnienia, sensu, przyczyny. Nie wpływa to jednak na samą historię, która dla wielu może okazać się także źródłem pięknych cytatów, często osobliwych w swym brzmieniu, a jednak dosadnych i zaskakująco trafnych. 

Ta książka to zjawisko! Niezwykle krótka, zaledwie dwieście stron tekstu, aczkolwiek mocno liryczna opowieść, z pewnością inna niż wszystkie, niebywale nastrojowa, głęboka i tak bardzo zajmująca! Chociaż specyficzna, momentami wręcz paradoksalnie zmienna narracja, może krzyżować czysto refleksyjny odbiór tej historii, to jednak warto się w niej prawdziwie zadurzyć, warto wejść w tę opowieść każdym kęsem własnej wrażliwości. Jeżeli możecie, czytajcie tę książkę na głos, a przynajmniej wyraźnym szeptem. To pozwoli Wam intensywniej przeżywać poszczególne sceny, delektować się ich empirycznym smakiem, dotykać niewidzialnych okiem emocji. To właśnie czucie tej historii okazuje się najpiękniejszym doświadczeniem, to w nim ukryty jest niepowtarzalny urok Spotkania w Positano.

„MONTEPERDIDO” – AGUSTÍN MARTÍNEZ | "Najbardziej niebezpiecznym zwierzęciem jest samotny człowiek."

„MONTEPERDIDO” – AGUSTÍN MARTÍNEZ | "Najbardziej niebezpiecznym zwierzęciem jest samotny człowiek."

Intrygujący, niepowtarzalny, mocno przemyślany i szalenie wciągający – taki powinien być dobry kryminał. Jeżeli do tego dochodzi jeszcze specyficzny, może nawet mroczny, a z pewnością osobliwy klimat małego miasteczka, jak również zróżnicowani i świadomie poruszający się po scenie bohaterowie, to jest to już prawdopodobnie perełka w kryminalnym wydaniu. I właśnie taką powieścią okazuje się debiut Agustína Martíneza – Monteperdido to kryminał wymagający, nie ma ku temu wątpliwości, ale jedocześnie naprawdę solidny, wyróżniający się i do końca pełen dramatycznego napięcia.

Unikalny małomiasteczkowy klimat to moje pierwsze skojarzenie z tym tytułem. Przeszywający duch zacienionego, momentami wręcz dzikiego fragmentu środkowych Pirenejów, a także niepowtarzalna atmosfera małego górskiego miasteczka, niby turystycznego i tym samym pozornie otwartego, a jednak odczuwalnie przenikliwego, zdystansowanego i mocno niepokojącego. To właśnie w tej małej dusznej społeczności ulokowana zostaje wyjątkowa akcja fabularna – mija pięć lat od zaginięcia dwóch jedenastoletnich dziewczynek, jedna z nich nieoczekiwanie pojawia się w lesie, cała i zdrowa, a jednak ugodzona jakimś dziwnym, niewytłumaczalnym, gryzącym wręcz nastawieniem do śledztwa. Bo sprawa zaginięcia oczywiście wraca i ponownie mnoży szum wokół tajemniczego wydarzenia.
Ta niezwykła atmosfera tworzy w duszy aurę przeszywającego niepokoju, ale Monteperdido to nie tylko zatrważający klimat, to także świetnie zarysowani i zaskakująco różnorodni bohaterowie. W tej powieści dosłownie każdy, niezależnie od przydzielonej roli, zdaje się nieść jakąś nutę tajemnicy, zdaje się coś ukrywać, a przynajmniej nie mówić wszystkiego. To właśnie te sekrety i dziwne niedopowiedzenia sprawiają, że ta mała górska społeczność okazuje się tak nieczytelna, mglista, może nawet odpychająca. Ale właśnie o takie wrażenia chodzi autorowi! Agustín Martínez wykorzystuje bowiem najlepsze możliwe sposoby, aby namieszać w głowie. Aby podstawić możliwe, czasami wręcz szalone rozwiązania i następnie pokazać, jak bardzo są one błędne. Czytelnik może jedynie dziękować – tak dobrze jest skonstruowana ta intryga. Jedno jest tylko ważne, trzeba uszanować opisowy charakter powieści, docenić wręcz szczegółowość zdarzeń i czerpać z tych detali jak najwięcej. Bo to właśnie w nich może czekać rozwiązanie zagadki. 

To było niezwykłe doświadczenie kryminalne! Specyficzny małomiasteczkowy klimat, zawiesista, mroczna wręcz aura majestatu rozchodzącego się pasma gór, a także przerażająco dobrze skonstruowana intryga kryminalna, gwarantująca regularne i z pewnością niespodziewane zwroty akcji – to właśnie te elementy czynią debiut Agustína Martíneza kryminałem solidnym i naprawdę wyjątkowym. Chociaż Monteperdido odczuwalnie wymaga czasu i koncentracji – tu każdy szczegół zdaje się mieć choćby mgliste połączenie ze śledztwem – to jednak właśnie te detale sprawiają, że w trakcie lektury czytelnikowi towarzyszy nie tylko rosnąca ciekawość, ale też trudna do oswojenia niepewność. Niepewność, która znacząco wyróżnia ten tytuł na tle innych. Moim zdaniem jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników gatunku.

PATRONAT MEDIALNY

Copyright © 2016 Mozaika Literacka , Blogger