czwartek, 16 lipca 2015

[RECENZJA] "KASZTELANKA" - INY LORENTZ

Gdy czytam drugą część powieści, która zrobiła na mnie duże wrażenie, stawiam przed sobą często wiele znaków zapytania. Największym pytajnikiem jest ten, który zadaje pytanie: czy zagłębienie w lekturze nie doprowadzi to stanu emocjonalnej pustki, która utwierdzi mnie w przekonaniu, że temat i kreatywność autora zmalała do zera i nie obwieszcza już nic nowego? Jest to sporych rozmiarów obawa i niejeden czytelnik zniechęca się powtarzalnością wydarzeń i zwykłym brakiem pomysłów na coś nowego, świeżego, może wręcz odkrywczego.

Bałam się właśnie tak o „Kasztelankę”. Bałam, bo w głowie siedziały mi recenzje innych czytelników, którzy właśnie brak świeżości zarzucają drugiemu tomowi. Zadawałam sobie pytanie: Czy duet Iny Lorentz pociągnie wątki średniowiecznego wygnania z miasta, ciągłych gwałtów i wszędobylskiego nierządu? W końcu te tematy, które polubiłam i chłonęłam w „Nierządnicy” mogłyby stać się męczarnią i zmęczeniem tematu w „Kasztelance”…

Jak bardzo nie zawiodła mnie druga część sagi wiem tylko ja sama. Nie zgodzę się z opiniami, jakoby „Kasztelanka” była nużąca. Kolejne wydarzenia z życia bohaterów poświadczyły, że pomysłów na rozwinięcie akcji w bezwzględnych mrokach średniowiecza jest aż nadto, by czytelnik połykał strony.

I tak jak Marią-nierządnicą kierowała chęć zdrady, tak również Marią-kasztelanką, kierowała wiara i czysto kobieca intuicja. Maria, uparta nie mniej niż w pierwszej części, wyrusza bowiem w świat przekonać samą siebie, że jej mąż, kasztelan Michał Adler, przeżył wojnę z czeskimi husytami. Nieważne, że świadkowie z pola bitwy potwierdzają śmierć żołnierza, nieważne też, że nie przysłał od dawna żadnej wiadomości, nieważne, że upłynęło tyle czasu, że Michał wróciłby z Czech piechotą do grodu z dziesięć razy – Maria wierzy. I ta wiara, przeplatana koszmarami-wizjami, toczy się razem z naszą bohaterką i tabunem wojska aż do terenów czeskich. Bo właśnie Czesi stanowią w „Kasztelance” społeczne tło, przelewa się tu dużo piwa (zarówno czeskiego, jak i niemieckiego), a mniej słyszy się o rozcieńczanym w wodzie winie z pierwszej części. Autorzy zaproponowali dużo nowych, ciekawych postaci, szczególnie pośród wojsk czeskich, tu wymienię przede wszystkim braci Sokolnych, bo ich wpływ na rozwój bohaterów był chyba największy. Nie inaczej jest po stronie niemieckiej, tu zaproponowano nam dwóch zwaśnionych kuzynów Henryka i Falko von Hottenheim, z których pierwszy jest ostoją sprawiedliwości i wiernym przywódcą, a drugi groźnym i bezwzględnym tyranem, który nie waha się przed gwałtami, nawet na członkiniach swojego oddziału. Cieszy też to, że Iny Lorentz wprowadzili do załogi dużo realnych postaci, chociażby Jan Žižkę, czy znanego już z „Nierządnicy”, cesarza Zygmunta, a całą historię umieścili w trakcie wojen husyckich.

Wrócę jeszcze tematem do „Nierządnicy”, bo tam przewodnim nurtem był nierząd i od podszewki czytelnik mógł poznać zawód podróżnej nierządnicy. Temat był niebanalny w moim przekonaniu, lecz nawet autorzy wiedzą, że co za dużo to nie zdrowo, a co za tym idzie, nie kazali nam kartkować kolejnych stron z licznymi scenami gwałtów i zarabiania na życie własnym ciałem. Oczywiście nie oznacza to, że temat znikł, jest obecny w historii bohaterów, pojawia się rzadziej, ale chyba bardziej dobitniej. Tutaj nasze skupienie przykuwa inna kategoria podróżujących, tym razem z wojskiem, kobiet. Są to markietanki, których zadaniem jest dopilnowanie, by podczas wymarszu wojska, nic nie zabrakło jego żołnierzom. Taką markietanką, poniekąd służącą przyporządkowaną do oddziału, zostaje Maria. Bardzo zastanawia mnie fakt, dlaczego druga część sagi nie obrała właśnie takiej nazwy: Markietanka. Chyba byłoby to lepszym odpowiednikiem niż obecna nazwa. W końcu tytułem kasztelanki Maria cieszyła się tylko kilkanaście pierwszych stron.

Co jeszcze ważnego na łamach powieści? Już na początku dowiadujemy się, że Maria spodziewa się dzidziusia, który później towarzyszy jej w dalekiej podróży. Wiemy też, jak liczną rodziną, obdarzył los dawną nierządnicę i jednocześnie przyjaciółkę Marii – Hiltrud, która wiedzie spokojnie życie w swojej zagrodzie. Wiemy też, że uczucie łączące parę kasztelańską jak tak wielkie, że jest obecne na każdej stronie. To ono, wraz z wiarą i intuicją, pozwala Marii walczyć z przeciwnościami losu. A tych autorzy jej nie oszczędzili, wręcz można napisać, że Maria przyciąga je do siebie niczym magnez.

W powieściach Iny Lorentz odpowiada mi też fakt, że nie ma typowego słodzenia. Opisy są często brutalne, co nadaje im realności. Tutaj bohaterowie nie pachną. Bo jak można pachnieć wędrując tygodniami lasem i nie mogąc umyć się w rzece, gdyż strach przed gwałtem, tego zabrania? Za tę barwną realistyczność książki niemieckiego duetu u mnie punktują. To, co mogłabym zarzucić (choć nie muszę), to prawie 100% przewidywalność. To może wielu się nie spodobać, chyba lubimy niespodzianki, nawet jeżeli przynoszą gorzkość i zasmucenie.

Jaka konkluzja wynikła z mojego rozważania? Z pewnością warto sięgnąć po „Kasztelankę” i podelektować się nią trochę, pocieszyć, że czasy zaciemniałego średniowiecza nas ominęły, ale jednocześnie spojrzeć z pokorą, bo mimo, że mamy do czynienia z fikcją, to wiele podobnych wydarzeń, walk i ciągła chęć zemsty, niejednokrotnie miały miejsce. Warto, bo przez poznawanie fikcji, stajemy się niejako posiadaczami wiedzy lekko historycznej, oczywiście spaczonej, lecz jednocześnie oddającej klimat mrocznego klimatu średniowiecza.

2 komentarze:

  1. Bardzo wartościowa opinia. :) Nie słyszałam o tej książce, a widzę, że to ciekawa lektura. :) Brrr, przerażające te czasy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli choć połowa opisów czasów średniowiecza z książek Iny Lorentz jest prawdziwa, to szczęka opada, strach było być kobietą... Lekturę polecam :)

      Usuń

Dziękuję za Twoją opinię :) Każdy komentarz jest dla mnie wartościowy i pozwala mi się stale rozwijać. Pozdrawiam i zapraszam jak najczęściej.

TOP