piątek, 3 lipca 2015

[RECENZJA] "NIERZĄDNICA" - INY LORENTZ

Zanim zaczęłam pisać recenzję, zapoznałam się z opiniami innych czytelników, w tym przypadku głównie czytelniczek. Przyznam, że zaskoczyły mnie zdania niektórych osób, jakoby „Nierządnica” była lekturą nudną. Mogłabym napisać, że nie zawsze była „wygodna”, że była miejscami aż nadto brutalna, a także, że była niejako przewidywalna. Owszem już po poznaniu pierwszego zarysu książki, myślami wyobrażałam sobie, jak będzie wyglądał finał i niejako się na niego przygotowywałam. Doceniam to w powieściach historycznych, również w dramatach, że gdzieś na końcu doczekam się iskierki, która umili mi los bohaterów. Nie oznacza to, że przepadam tylko za pozytywnie kończącymi się historiami, lecz nie ukrywam, że powodują u mnie uśmiech na twarzy, a to szczerze doceniam. Po prostu optymiści tak mają :)

Ta mała „komfortowość” powieści i poniekąd znajomość jej zakończenia, nie oznacza też, że lektura duetu Iny Lorentz, jest mało żwawa, czy wręcz, jak niektórzy ocenili, nudna. Myślę, że lektura jest przewidywalna sensownie, a co za tym idzie, ja wraz z bohaterką szykowałam się na zemstę i zastanawiałam się, czy kolejny krok Marii nie jest krokiem do tyłu, bądź gorzej – krokiem prosto w ramiona śmierci…

Wspomniałam o Marii, gdyż to jej losy towarzyszą nam przez ponad 400 stron i to ona staje się wierną towarzyszką czytelnika. Młoda, 17-letnia córka bogatego kupca, której nieprzeciętna uroda i cnota stanowią olbrzymi atut, staje się ofiarą niewyobrażalnego oszustwa, które tak obce i nierealne jest dla nas, a tak wszech-obecnie charakteryzowało XV-wieczną Europę. Krętactwo i intryga, jaką zapoczątkował przyszły mąż Marii, doprowadzają do brutalnego gwałtu na młodej bohaterce i skazania jej na bezwzględne potraktowanie. Maria zostaje uznana rozpustną kobietą, która nie utrzymała swej cnoty do dnia zaślubin. Jako ladacznica, zostaje skazana na publiczne biczowanie i bezterminowe wypędzenie z miasta Konstancji. Zasadzka, jaką założył na ojca Marii, przyszły zięć, okrutnie i dobitnie wskazuje czytelnikowi, jak bardzo różniły się realia średniowiecza europejskiego, od obecnych czasów.

Wzmianki o podziałach ludzi na gorszych i lepszych, krążą na łamach historii Europy, poznajemy je już na lekcjach w szkole. Wydaje mi się jednak, że nie do końca sobie je wyobrażamy, wydają nam się jak wytwór czyjejś wyobraźni, zupełnie nieprawdopodobne. Nie dociera do nas fakt, że ludzie za nieposłuszeństwo wobec panującej władzy, za odmienne zdanie, czy po prostu za wygląd, byli gnębieni w sposób okrutny, biczowani na głównym placu miasta, łamano im kości kołem i innymi narzędziami, odcinano języki, palono na stosie, duszono, itp.

Przychodzi mi nawet do głowy pewna konkluzja. Mówimy często, że ktoś jest „ciemny” i zacofany, jakby żył w średniowieczu. A trzeba przyznać, że ludzie, do których czasów się odwołujemy, byli aż nadzwyczaj kreatywni. Ta kreatywność uwzględniała nie tylko rozmaite sposoby znęcania się nad potępionymi przez społeczeństwo, ale także na niebagatelnej intrydze, umiejętności szantażu i dążeniu do zdobycia upragnionego statusu, a co za nim idzie, także bogactwa i władzy. I tak jak przywoływanie średniowiecznego zacofania wydaje się logiczne, tak odwoływanie się do średniowiecznej ciemnoty już nie jest tak oczywiste.

Brakiem ciemnoty, a wręcz dużą mądrością, może pochwalić się też inna postać „Nierządnicy”. Hiltrud, wieloletnią wędrowną prostytutkę, która znajduje przy drodze ledwo żywą Marię, od początku charakteryzuje duża wiedza i spryt. Tak na marginesie, spryt to cecha prawie każdego mieszkańca i wędrowca tamtych czasów, co potwierdza, że okres ten nie powinien być widziany jedynie oczami nieludzkiej głupoty. Jak widać, już wtedy było wiadomo, że kombinatoryka to najważniejsza nauka życia. Nie inaczej było z Hiltrud, którą autorzy stworzyli jako dojrzałą i pewną siebie kobietę, pełniącą od lat funkcję wędrownej nierządnicy. Hiltrud wie czego chce, wie też, kogo do namiotu nie przyjmie. Nie jest bowiem zwykłą ulicznicą i świadomie dobiera sobie klientów, przeważnie z wyższych sfer. Lata pracy nauczyły ją dobrze oceniać rzeczywistość i być asertywną w obliczu niektórych nieokiełznanych bezwstydników. To właśnie Hiltrud staje się w powieści trzonem i podporą dla bezbronnej Marii, zostaje jej nauczycielką i pomaga przejść najgorszy, bezwzględny okres w jej życiu, w którym z niewinnej córki bogatego mieszczanina, musi przeobrazić się w szanowaną i pełnowartościową kokotę. Z całej długiej wędrówki nierządnic, dwie cechy wiodą prym: przyjaźń i chęć zemsty.

Jeżeli ktoś nadal nie wie, czym jest przyjaźń, to warto mimochodem przedrzeć się przez łamy lektury. Tutaj autorzy nie zawiedli, pokazali jak łatwo można rzucać ważnymi słowami na wiatr, czego przykładem stała się Berta, jedna z towarzyszących w wędrówkach, nierządnic. Ile razy nazwała swe towarzyszki przyjaciółkami i wręcz pociągała za sobą, po czym bez zawahania, wypierała się przyjaźni w imię własnego lepszego jutra? Jak bardzo różniła się od niej Hiltrud, która mimo początkowego „interesu”, jaki widziała w uratowanej Marii, okazała się najwierniejszą z najwierniejszych, co ważne nie tylko w słowach, ale w konkretnym działaniu. Kobiety stały się sobie wierne, jak przysłowiowy pies panu. Cechę przyjaźni potęgowało także zachowanie Hiltrud względem domagającej się i brnącej czasami w ślepy zaułek Marii. Ta, chcąc zemścić się na swoich oprawcach, popełniłaby wiele gaf, gdyby nie wybijająca jej niektóre pomysły, Hiltrud. Niemniej jednak, mimo stopniowaniu emocji, chęć zemsty okazała się meritum „Nierządnicy”, takim „clue point” całej powieści.

Przechodząc powoli do wniosków, to co urzekło mnie najbardziej, to dynamiczny wzrost dojrzałości Marii, jako kobiety, oraz wysoka stanowczość w dążeniu do postawionego celu. Te cechy coraz mocniejszymi sidłami przyciskały bohaterkę, a to czyniło ją bardziej charakterystyczną i barwną. Barwnych postaci swoją drogą w powieści jest od groma, Hiltrud, Michał, niedoszły małżonek Marii, Matylda z małżonkiem, Filip i wielu, wielu innych, a co istotne, każda z postaci wnosi swój element do całej układanki, tworząc bardzo kolorową i zdecydowanie nie nudną historię. Bardzo pozytywnym aspektem było zagłębienie czytelnika w realia średniowiecza i pobudek, jakimi kierowali się ówcześni mieszkańcy Europy.

Jednym minusem, a właściwie minusikiem, bo nie aż tak bardzo przeszkadzającym, były dla mnie częściowe przesunięcia w czasie, gdzie autorzy urwali historię i naraz powrócili do niej, jak gdyby nigdy nic, po kilku latach. Nie wiem, czy był to zabieg celowy, czy też brak pomysłu na pierwszy styk Marii z uprawianiem nierządu, lecz uważam, że wątek ten został potraktowany zbyt płytko, bez wyrazu. W jednym momencie bezbronna i poraniona Maria, stała się wyrachowaną i pewną siebie kokotą, której lepiej nie zaczepiać, chyba, że z porządną sakiewką za pasem. Brakowało mi bardzo głębszego opisu i odczuć bohaterki, gdy zaczęła dopiero raczkować jako nierządnica.

Nie zważając na drobne powyższe niedopatrzenie, podsumuję: barwne i nieprzypadkowe postacie, wyjątkowo niesprawiedliwe, bestialskie i bezpruderyjne realia europejskiego średniowiecza, przyjaźń, wierność, dążenie za celem, wchodzenie w dojrzałość własnego ja, a także podziały społeczne, przemoc, brutalne gwałty i śmierć – to jest to, co znajdziecie w „Nierządnicy”. Polecam.

2 komentarze:

  1. Co za wnikliwa analiza! :) Bardzo ciekawie opisujesz książki, aż miło poczytać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, staram się nie opisywać, a przedstawić swoje odczucia :)

      Usuń

Dziękuję za Twoją opinię :) Każdy komentarz jest dla mnie wartościowy i pozwala mi się stale rozwijać. Pozdrawiam i zapraszam jak najczęściej.

TOP