poniedziałek, 26 września 2016

„TRYPTYK” – KARIN SLAUGHTER | Strach na ulicznych językach

Gwałty na nastolatkach, codzienna prostytucja i podziemie narkotyków już same w sobie zwiastują mroczną aurę. W połączeniu z drastycznym morderstwem tworzą natomiast mieszaninę najgorszych grzechów, które nie powinny dotykać szarych ludzi. Czasami jeden pozornie niewinny gest potrafi jednak długo mścić się na człowieku, na zawsze pozostawiając go w ciemniejszej stronie myśli. Tak nieprawa atmosfera tworzy czarne tło powieści „Tryptyk”, jaką Karin Slaughter rozpoczyna cykl ze śledczym Willem Trentem. Wyostrzcie własną ostrożność, wróg czai się dosłownie za każdym rogiem i nie spocznie, dopóki jego chory plan nie zostanie zrealizowany.

Niedoskonałość wpisana jest w standard książkowego detektywa, co potwierdza amerykańska pisarka w kreacji agenta specjalnego ze stanowego biura śledczego. Will Trent jest bowiem dyslektykiem i ma ogromny problem z przyswajaniem tekstu pisanego, ale jego nos jest odpowiednio wyczulony na miejskie okrucieństwo, z którym mierzy się każdego dnia. Kolejne drastyczne gwałty i morderstwa dokonywane na młodych kobietach stawiają w stan gotowości całą policję w Atlancie. Doświadczony policjant i weteran wojenny, Michael Ormewood, również podejmuje walkę z szaleńcem, który bez skrupułów odgryza swoim ofiarom języki. Akcję czytelnik poznaje także śladami Johna Shelleya, który po dwudziestu latach więziennej odsiadki próbuje dostosować się do nieznanej mu rzeczywistości. Zwykły zbieg okoliczności sprawia, że były więzień z nieludzką przeszłością wyczuwa cień na własnych plecach, ktoś bowiem od wielu lat wykorzystuje jego osobowość do mało przyjemnych celów. Nowe odkrycia mogą beznamiętnie wskazać powrotną drogę do bestialskiej celi, ale John nie daje się porwać głuchym drogowskazom. Rozpoczyna obronę resztek własnej godności, a równoległy bój o prawość toczy też jedna z miejscowych prostytutek, która pod przykrywką ulicznicy pełni rolę stróża prawa. Jej postać zdaje się być niepozbawionym kruchości łącznikiem poszczególnych bohaterów. Czy pozbawiony ludzkich emocji sprawca może kryć się wśród policyjnej elity?

Slaughter bezwiednie porywa czytelnika w gąszcz pachnących zbrodnią ulic i każe z uwagą przyglądać się zaułkom nielegalnych działań. Bezceremonialnie bada środowisko tych, których od dawna pochłonął biały proszek, narkotyki są jednak jedynie przedsmakiem i krótką zapowiedzią mrożących krew w żyłach wydarzeń. Brak delikatności w opisach pomaga kreować autorce mocny przekaz, nierzadko ubrudzony ludzką krwią. Brutalne gwałty na młodych kobietach mimowolnie kształtują stały odruch zgorszenia wobec okrutnego sprawcy. Świadomość, że ofiary mają odgryzione języki, a niektóre tym bestialskim wyczynem kończą i tak marny żywot, momentalnie dopełnia czary goryczy. Amerykańska pisarka nie stroni od ciężkich scen i z nieukrywaną celowością włada typowo męskim językiem, co wzmacnia autentyczność poszczególnych obrazów. Bezwzględność opisów nie byłaby jednak atutem, gdyby poruszane problemy muskała zwykła powierzchowność. Karin Slaughter nie bawi się w płycizny i bezwiednie wkracza na tereny społecznie nieakceptowalne lub pozornie zakazane, wprawiając w ruch machinę z problemami współczesnego świata. Czytelnik obserwuje zatem codzienność ulicznych prostytutek, wchodzi do więziennej celi z najgorszymi zbrodniarzami i bez szansy jakiejkolwiek reakcji żałuje dzieci, które w oka mgnieniu porwą mordercze szpony ulicy. Mocno dyskusyjne tematy miarodajnie uzupełniają fabułę, nieśpiesznie tworząc otoczkę trudnej historii i bez ustanku wprowadzając do opowieści nowe postaci. 

Śledczy Michael Ormewood zostaje jako pierwszy rzucony czytelnikom na łapczywe pożarnie. Początkowa dość empatyczna kreacja policjanta szybko zostaje zneutralizowana przez mniej sympatyczne oblicze stróża prawa. Opozycję zdaje się przyjmować John Shelley, były więzień z wyrokiem za gwałt na nieletniej i owiane tajemnicą zabójstwo. Dwadzieścia lat morderczej odsiadki daje się we znaki, lecz to właśnie ten bohater przewrotnie wysuwa znamiona tego dobrego. Trzecie ogniwo przejmuje Will Trent, który we współpracy z najbardziej osobliwą pomocnicą służb, Angie Polaski, mozolnie docieka prawdy. Nieoczekiwanie to właśnie kobiece ogniwo policyjnej ekipy buduje jakość akcji, a determinacja Angie nie ma sobie równych wśród męskich szeregów.

Nieskromna liczba bohaterów może jednak okazać się niemałą barierą dla wielu czytelników. Slaughter zaprasza do akcji wielu policjantów, niemal każdego znacząc dramatyczną przeszłością. Obcowanie z taką szajką śledczych wymaga niecodziennych pokładów skupienia, ale daje też satysfakcję, gdyż postawy każdego z nich znajdują solidne fundamenty. Mnogość nie omija też poruszanych problemów społecznych, co wizualnie utrudnia wgryzienie się w poszczególne wątki. Każdy z nich ma wysokie miejsce w rankingu wielkomiejskiej brutalności, ale ranga poszczególnych spraw niknie w zgiełku pozostałych. Autorka nie daje bowiem cienia szansy na bardziej szczegółowe zagłębienie się w źródło i skutki konkretnych problemów.

Chociaż liczba bohaterów i spraw tworzących spisek pozostawia niezrozumiały szron na oczach, całokształt okazuje się konkretnym wstępem do długiej serii. Karin Slaughter celowo podrzuca społecznie istotne kwestie, czym toruje sobie prostą drogę do wartościowania jej powieści nie tylko w katalogu thrillerów. Brutalne opisy mogą jeżyć włosy na karku, a to tylko potwierdza literacką władzę nad czytelnikiem. Mimo kilku mankamentów, tak mocna proza zasługuje na uznanie, a jej najlepszym odbiorcą będzie z pewnością poszukiwacz mało subtelnych i prawdziwie męskich opisów.

KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH:

POCZYTANIA 2016 - Nazwisko autora, które Cię rozbawiło / Angielskie "slaughter" oznacza "ubój" lub "rzeź".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Twoją opinię :) Każdy komentarz jest dla mnie wartościowy i pozwala mi się stale rozwijać. Pozdrawiam i zapraszam jak najczęściej.

TOP