czwartek, 20 lipca 2017

"BAD MOMMY. ZŁA MAMA" - TARRYN FISHER | Kto tak naprawdę jest tu agentem?

Niemal każdy komuś zazdrości. Już nawet Owidiusz wiedział, że „u sąsiada zbiory zawsze wydają się lepsze, a jego krowa daje więcej mleka”. Obecnie, w czasach szerokiej popularyzacji mediów społecznościowych, zazdrość przybrała taką postać, że zwyczajnie trudno ją wychwycić. Stała się ona dla wielu naturalna i pewnym sensie nawet motywująca. Wystarczy, że znajoma oznaczy w Endomondo przebiegnięte kilometry, a już w głowie rodzi się impuls do zrobienia własnego dystansu. To jedynie przykład, ale okazuje się on niezwykle trafny i właściwie oddający współczesne myślenie. I tak, jak w przypadku sportu czy podnoszenia własnych kwalifikacji można uznać zazdrość za niemal zdrową rywalizację, tak obsesyjne naśladowanie czyichś zachowań zdaje się być co najmniej podejrzane. Właśnie taką bohaterkę, doszczętnie pozbawioną społecznych hamulców, przedstawia Tarryn Fisher w powieści Bad Mommy. Zła mama

Jolene i Darius Avery mieszkają w pięknym domu z ogrodem i wspólnie wychowują małą córeczkę Mercy. Jedno spojrzenie wystarczy, aby stwierdzić, że życie tego małżeństwa jest szczęśliwe i w pełni poukładane. Pewnego dnia do domu obok wprowadza się Fig Coxbury, szybko zaprzyjaźnia się z uprzejmymi sąsiadami i tym samym staje się nieodłączną częścią ich życia. Regularne odwiedziny to jednak nie wszystko. Fig zaczyna bowiem kupować te same sukienki, które nosi Jolene, w oknach wiesza identyczne zasłony, a obiektem jej zainteresowania zdaje się być dokładnie ten sam mąż. Darius pełni natomiast funkcję psychologa i doskonale wie, jak chorobliwa osobowość mieszka za ogrodzeniem. Czytelnik ma okazję poznać jego myśli, ma też możliwość wejścia w umysł obu kobiecych bohaterek. Autorka bowiem proponuje pierwszoosobową narrację, w którą kolejno wcielają się poszczególne postaci. Pierwszy głos należy do wyjątkowo zachłannej Fig…

Nadzwyczaj krótkie rozdziały, opisane oczami głównych bohaterów, łatwo wpadają do wyobraźni i pozwalają odbiorcy szybko przemierzać szlaki tej lektury. Pierwsza wypowiada się Fig Coxbury i to na niej czytelnik najbardziej skupia swoją uwagę. Kobieta celowo utożsamia się z codziennymi rytuałami sąsiadów, zazdrości im dosłownie wszystkiego i chce stać się najwierniejszą przyjaciółką. Fig obsesyjnie dąży też do tego, aby stać się kimś atrakcyjniejszym niż Jolene. Czytelnik z zaangażowaniem śledzi jej chorobliwe zachowania, ale autorka w pewnym momencie robi narracyjnego psikusa i oddaje głos zainteresowanemu w sprawę mężczyźnie. Wgląd do umysłu Fig kończy się na tym etapie. Darius już w pierwszej wypowiedzi pokazuje, że i jego postawa nie jest tak czysta, jak można byłoby się pierwotnie spodziewać. Najjaśniej zdaje się zatem prezentować kreacja Jolene, ale jej prawdziwe myśli czytelnik poznaje dopiero na końcu. Nie ma jednak wątpliwości, że nad tą fabułą wisi aura niepewności, która powinna trwać do końca, ale z czasem wyraźnie się rozmywa.

Oddając początkowy głos tajemniczej Fig, autorka oddaje czytelnikowi zbyt dużą przysługę, gdyż ujawnia znacznie więcej niż wydaje się to koniecznie. Odbiorca doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jaki cel naprawdę przyświeca bohaterce. Jest to właściwie wypowiedziane przez nią wprost. Autorka wyraźnie nakreśla zatem motyw przewodni, ale czym dalej w las, tym temat ten staje się jakby mniej ważny, aż w końcu praktycznie zanika. Czy taki zabieg można uznać za słuszny? I tak, i nie. Z jednej strony czytelnik widzi szerszą perspektywę, dokładnie analizuje myśli głównych bohaterów, zastanawia się też, kto najbardziej mąci w tej nieludzkiej grze. Kto tak naprawdę jest tu agentem. Z drugiej zaś strony odbiorca niepotrzebnie zapomina o tym, co zasugerowane jest już w tytule powieści i w zamian zajmuje się fabularnym substytutem, przez który finalnie może poczuć się oszukany. Tak poprowadzona intryga powinna prowadzić do czegoś niespodziewanego, w końcu jest to thriller psychologiczny, ale finał nie jest tak zaskakujący, jakby można się było spodziewać. Za dużo podane jest tu na tacy i stąd efekt końcowy nie jest wystarczająco efektowny. Zaskoczeni mogą czuć się tylko sami bohaterowie, to oni sumiennie odkrywają swoje chore zachowania, a odbiorca jest jedynie niemym obserwatorem ich działań.

Warto wspomnieć, że autorka niejednokrotnie pomija kilkumiesięczne okresy, po czym, jak gdyby nigdy nic, szczegółowo opisuje konkretny dzień. Tak luźna fabuła sprzyja nie tylko rozpraszaniu myśli, ale też zmniejsza transfer emocji i rozmywa proces stopniowania napięcia. Czytelnik widzi, że przed jego oczami rozgrywa się ludzki dramat, ale nie wyczuwa jego wielkości. W tym wszystkim należy się jednak pani Fisher ogromny plus, gdyż poruszyła wiele angażujących i mocnych w swej treści tematów. Chorobliwa zazdrość, egoizm, manipulacja i wreszcie obsesyjny cyberstalking to problemy współczesnego człowieka i to właśnie im autorka poświęca najwięcej uwagi. Ten wyraźnie społeczny wkład, chociaż nie powoduje palpitacji serca, to jednak okazuje się najmocniejszą stroną powieści.

Tarryn Fisher proponuje powieść, która z założenia powinna budzić duże emocje i regularnie rozdawać materiał do społecznych dyskusji. I tak, jak drugi element spełniony zostaje niemal stuprocentowo, czytelnik bowiem z łatwością dostrzega, jak ogromny wpływ na człowieka mają portale społecznościowe, tak warstwa emocjonalna zminimalizowana jest tu niemal całkowicie. Książkę, co prawda, czyta się szybko, płynnie i przyjemnie, ale wyczuwalny brak napięcia robi swoje, ujmując lekturze nieco jakości. Chociaż fabuła powieści Bad Mommy. Zła mama jest dość spodziewana i trudno się nią bardziej zachwycać, to jednak zdaje się być odpowiednią historią dla osoby, która poszukuje niezobowiązującej i jednocześnie refleksyjnej lektury na leniwy wieczór.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu SQN.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Twoją opinię :) Każdy komentarz jest dla mnie wartościowy i pozwala mi się stale rozwijać. Pozdrawiam i zapraszam jak najczęściej.

TOP