piątek, 7 sierpnia 2015

[RECENZJA] "CÓRKA NIERZĄDNICY" - INY LORENTZ

Jeżeli znacie grę strategiczną HEROES, to podpowiem, że czwarta część sagi o „Nierządnicy” wiele z niej czerpie. Podobiznę widzę przede wszystkim w ciągle obecnej strategii zdobywania kolejnych zamków i posiadłości, przez mniej lub bardziej chciwych frankońskich władców. Ta chęć posiadania więcej ziem, bądź pozbawienia sąsiadów skrzętnie zarobionego majątku, była na porządku dziennym w czasach Średniowiecza i duet autorów idealnie przedstawił te realia w powieści. Bo czy powieść historyczna nie powinna być tak właśnie ulokowana, byśmy mogli wyobrazić sobie ówczesną rzeczywistość? Za tę wiarygodność i bogatą scenerię, cenię książki Iny Lorentz, a „Córka nierządnicy” na tym polu mnie nie zawiodła.

Nie zawiodłam się też na kreatywności pary autorskiej. Śmierć mojego ulubionego bohatera już na początku powieści, mimo, że dotknęła mnie i ze smutkiem spoglądałam na dalsze losy rodziny kasztelańskiej, pomogła mi wczuć się w rolę głównych bohaterów, współczuć im i wierzyć, że mimo krążącego nad nimi fatum, wszystko się ułoży. Ta wiara oczywiście nie była aż tak wymagana, bo kontynuacja sagi, strukturalnie nie różniła się od poprzednich części, a tym samym, mogłam ze spokojem oczekiwać „happy end'u”. Jednak sama pewność, że losy bohaterów potoczą się po ich myśli, nie wystarcza, bo przecież po drodze mamy kilkaset stron przygód, wędrówek, nieprzewidzianych sytuacji, spotkań ze zwolennikami wrogów, którzy na każdym kroku knują intrygę. Kto wie, co może stać się naszym ulubieńcom po drodze? Ta intryga, w którą tym razem ubrana została córka dawnej nierządnicy Marii – Trudi, to ciąg wielu zdarzeń, licznych nowych postaci, które mają doprowadzić do zagłady posiadłości, jaką zamieszkuje rodzina Adlerów.

Przyznam, że mnogość postaci trochę zawieruszyła mi w głowie. Momentami mimo wytężania wzroku w kolejne zdania, nie potrafiłam skleić faktów: kto jest kim? A ten, to kto? Państwo Iny Lorentz dodali do „Córki nierządnicy” tak sporą liczbę nowych rycerzy, książąt, biskupów, parobków, służących, itp., że głowa jest za mała, by wszystkich zapamiętać. Skupienie tu chyba nie wystarczy. Jak nic, konieczne jest naszkicowanie kolejnych postaci i próba połączenia ich wspólnymi relacjami. Tym bardziej, że zwaśnione rody dzielą się na tych, którzy stoją po stronie frankońskiego króla, zamieszkującego tereny obecnej Austrii, i tych, którzy są sprzymierzeńcami jego brata, który to próbuje dokonać zamachu na króla. Czytając, można mieć nie lada trudności, aby skojarzyć, kto jest po czyjej stronie, tym bardziej, że bohaterowie w międzyczasie poddają się, świadomie lub nie, zaplanowanej intrydze, a dodatkowo, oceniając szanse własnej wygranej, przechodzą na stronę dotychczasowego wroga. To zamieszanie, może spowodować niejaki mętlik więc polecam skupić się na głównych wątkach lub, zgodnie z powyższym, rozrysować sobie więzy, jakie łączą poszczególne osoby.

Przechodząc sprytnie do tytułowej bohaterki – Trudi, przyznaję, że niewiele różni się od swej upartej i dążącej do celu matki. Tak samo jak dobrze znana nam z trzech pierwszych części Maria, Trudi również jest postacią silną i bez większego wahania, walczy o swoją sprawę. Na plus dla niej, że autorzy dodali jej nową cechę, która u Marii widoczna nie była, a którą jest zadziorność godna typowej szlachcianki, a może nawet hrabianki. Trudi bowiem nie waha się przed ośmieszeniem wyższego rangą Eichenlocha, rzucając w niego łbem świńskim, czym przysparza swojej rodzinie kolejnych wrogów. Nonszalanckie zachowanie panny, będzie miało swój finał, kiedy to zostanie ukarana przez samą „ofiarę” jej wcześniejszej napaści. Jaka to będzie kara? Dla tej drobnostki, może i mało znaczącej dla ogółu powieści, polecam przeczytanie książki. Wzbudzi bowiem nie mały uśmiech na twarzy.
Z postaci, które zainteresowały mnie najbardziej, szczególnie lustrowałam Georga Gressingena, Otta von Henneberga i wspomnianego już Eichenlocha. Kobiece postacie, które wzbudziły moją sympatię, to natomiast przyjaciółka Trudi – Bona, a także służąca córki kasztelanki – Uta. Ta ostatnia, którą niejedna kasztelanka wygnałaby z dworu za brak posłuszności i wtrącanie się w nieswoje sprawy, okaże się konikiem w całej wyprawie Trudi. A wyprawa, mająca na celu wsparcie samego króla kasztelańskiej posiadłości, pociągnie za sobą niejedną przygodę i przypomni czytelnikowi, czemu i ta pozycja należy do cyklu „Nierządnica”. W końcu nazwa niejako zobowiązuje, a o tym przekonamy się we wspólnej wędrówce do króla. Nie będzie to przyjemny fragment książki, ale jeżeli jesteście po wcześniejszych częściach, to przebrniecie i przez tę karygodną i haniebną sztuczkę, w jaką popadną bohaterowie wyprawy. O samym nierządzie okazję mamy czytać też na początku powieści, bowiem to on, mimo pozornie beztrosko wiążącego uczucia, zaczyna całą historię panny Trudi.
Czwarta część sagi przyniosła też pewien negatywny element, który przypisuję tłumaczeniu. Trzy pierwsze części tłumaczone przez panią Martę Archman, mimo licznie zarzucanych im literówek i błędów ortograficznych, utrzymały jedną tendencję, co do imion bohaterów. W „Córce nierządnicy” zmienia się postać tłumacza i widać to po imionach kilku bohaterów. Dotychczasowy Michał (syn koźlarki Hiltrud) nazywany jest Michi, dotychczasowa służąca Ania to obecnie Anni. Niby zmiany nie są duże, lecz z jakiegoś powodu drażnią oko…
Koniec końców napiszę, że cieszy mnie fakt, że autorzy kontynuują skrzętnie uplecioną historię Marii, jednocześnie nie zarzucając nas tymi samymi tematami, w każdej części pojawiają się nowi bohaterowie i nowe wątki. Pojawia się też nowe tło geograficzne, bo tym razem wędrujemy przez przepiękne okolice Salzberga i wzgórza alpejskie. Kto był, ten wie, o czym piszę. Te nowe elementy dodają świeżości książce, a częste wspominanie o wcześniejszych losach samej Marii, bądź jej bliskich, przypomina nam, że zdarzenia są ze sobą powiązane. Jestem wielce ciekawa piątej części. „Córy grzechu” – czyżby autorzy zdecydowali się zaangażować przyrodnie siostry Trudi i to właśnie ich bohaterki wykorzystać w kolejnym tomie? Ja już niedługo się o tym przekonam.

5 komentarzy:

  1. To sztuka tak pisać kolejne tomy, żeby ciągle czuć było świeżość, a nie "powtórki z rozrywki" z poprzednich tomów.
    Oj, zmiana tłumaczów, to kiepska sprawa. Pamiętam, że tak też się działo w jeden serii książek, którą czytałam, kiedy bohater (w oryginale Snowman) był tłumaczony raz Bałwan, drugi raz Mroźny, aż w kilku częściach pozostał Snowmanem. Niby wiadomo o kogo chodzi, ale tak jak pisałaś... takie rzeczy drażnią oczka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogę się nie zgodzić z tymi, którzy taką powtórkę i tu zobaczyli.
      W końcu ta sama epoka i podobne, często nadzwyczaj drastyczne, sceny. Ale każdy tom jest naprawdę przemyślany i mimo wierności do wcześniej opowiedzianej historii, wnosi dużo nowego.
      A co do zmiany tłumaczów, to raz jeszcze popieram własną i Twoją wypowiedź. W końcu nie jest to wielką trudnością, by zapoznać się z wcześniejszym tłumaczeniem i wykonać przekład, który odwzoruje poprzednie części w najlepszy możliwy sposób.

      Usuń
    2. Oczywiście "tłumaczy", a nie "tłumaczów", właśnie zobaczyłam swój olbrzymi błąd w komentarzu, lepiej późno niż wcale :)

      Usuń
  2. Może na pierwszą część zerknę :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twoją opinię :) Każdy komentarz jest dla mnie wartościowy i pozwala mi się stale rozwijać. Pozdrawiam i zapraszam jak najczęściej.

TOP