środa, 9 grudnia 2015

[RECENZJA] "MISERY" - STEPHEN KING | Skrajny przypadek kompleksu Szeherezady

Po średnio udanym spotkaniu z „Panem Mercedesem”, obiecałam nie tylko sobie, że zmierzę się jeszcze z Kingiem. Nie chciałam, aby moja opinia o autorze opierała się na jednym, może gorszym, utworze. To była świetna decyzja i jakże duża zmiana w moich odczuciach odnośnie amerykańskiego pisarza. Na warsztat poszła kultowa powieść „Misery”. Stwierdziłam, że muszę sięgnąć do jednej z tych pozycji, które zawładnęły nie tylko czytelnikami, ale miały okazję także zadowolić kinomaniaków. Mój wybór był w pełni trafiony, właśnie przekonałam się, że thriller nie musi być wielowątkowy, nie musi mieć kilkudziesięciu bohaterów, a akcja nie musi dziać się w wielu miejscach. To nie te elementy cechują dobry dreszczowiec. Najważniejsze jest właściwe stopniowanie napięcia i wzbudzenie w czytelniku dużej dawki niepewności. „Misery” spełnia te wymogi niemal stuprocentowo i zapewnia wręcz namacalny poziom strachu.

A wszystko zaczyna się wtedy, gdy popularny pisarz, Paul Sheldon, jadąc po pijanemu swoim autem, wypada z trasy i trafia wprost w zaspę śnieżną. Los nie pozwala mu umrzeć, a w zamian szykuje dla niego znacznie gorsze rozwiązanie. Paul zostaje odnaleziony i „uratowany” przez zagorzałą fankę swoich powieści, prostych romansów o Misery. Niedługo musi czekać, aby przekonać się, że Annie Wilkes jest nie tylko fanką, ale i psychopatką, tylko pozornie ubraną w postać zwykłej wdowy. Kolejne strony pokazują, jak bardzo inteligentna, sprytna i silna może być osoba chora umysłowo.
— Jest jedno, co chciałabym ci powiedzieć na odchodne. Możesz sobie myśleć, że zdołasz mnie omamić lub oszukać. Wiem, że wyglądam na głupią albo opóźnioną. Ale nie jestem głupia, Paul. I nie jestem opóźniona.

Właściwie trudno stwierdzić, jakie plany miałaby Annie w stosunku do swojego ulubionego autora, gdyby świeżo wydana przez niego książka, kończąca całą serię losów Misery, nie zakończyła się śmiercią głównej bohaterki. Moment, w którym Annie dowiaduje się o uśmierceniu książkowej ulubienicy, staje się momentem przełomowym dla całej powieści Kinga. Od tej pory, Paul Sheldon niejednokrotnie będzie mógł przekonać się, do czego zdolna jest rozhisteryzowana kobieta, a brak szansy na jakąkolwiek ucieczkę, wystraszy nie tylko głównego bohatera, ale i czytelnika

— No to posiedź tu sobie — powiedziała i ściągnęła wargi w złowieszczym uśmiechu. — I pomyśl o tym, kto tu rządzi, i o tym, co mogę z tobą zrobić, jak staniesz się zły albo będziesz próbował mnie oszukać. Posiedź tu sobie i krzycz, jeżeli chcesz, bo i tak nikt cię tu nie usłyszy. Nikt się tu nie zatrzymuje, bo wszyscy wiedzą, że Annie Wilkes jest szalona i wszyscy wiedzą, co zrobiła, nawet jeżeli uznali, że jest niewinna.

Szaleństwo Annie wychodzi w najmniej oczekiwanych momentach, a sposób, w jaki chce pokazać swoją wyższość, jest zupełnie niekontrolowany i nieobliczalny. Ta opowieść to zbiór drastycznych scen, w których ból, jaki przeżywa główny bohater, przechodzi na czytelnika i powoduje niemały szok. Uświadamiając sobie słowa oprawczyni, niejednokrotnie czujemy narastającą w Paulu panikę.
— ANNIE, ANNIE, OCH, ANNIE, PROSZĘ, PROSZĘ, NIE, PROSZĘ, NIE RÓB TEGO, ANNIE, PRZYSIĘGAM, BĘDĘ DOBRY, PRZYSIĘGAM, NA BOGA, BĘDĘ DOBRY, PROSZĘ, DAJ MI SZANSĘ, BY BYĆ DOBRYM, OCH, ANNIE, PROSZĘ, POZWÓL MI BYĆ DOBRYM...

Fragment, w którym Annie wyjeżdża do miasta, a Paul pierwszy raz dokonuje próby ucieczki, jest po prostu mistrzowski. Czułam, jakbym sama próbowała wykonać każdy kolejny element żmudnej i pracochłonnej próby pokonania kilku metrów. Bezwładne po wypadku ciało, nie tak łatwo przekonać do jakiegokolwiek ruchu, tym bardziej, gdy towarzyszy mu nielitościwy ból. Każdy kolejny dzień utwierdza Paula, że znalazł się w okrutnej pułapce, którą skonstruowała mu jego własna fanka. Każda próba wydostania się z domu jest odpowiednio karana, a trzeba przyznać, że Annie nie waha się przed zadawaniem swojemu lokatorowi bólu. Każde kolejne okaleczenie jest przemyślane i świadome. Zastosowane przez Stephena Kinga opisy, są przy tym aż nadto realistyczne, szczegółowe. Jest to lektura dla tych, których nie wystraszy tryskająca ludzka krew. Jaki cel w związku z przetrzymywaniem Paula ma Annie? Czy wszystko zmierza ku okrutnej śmierci pisarza z rąk tej psychopatycznej fanki?
Psychotycy egzystujący w trujących kołyskach ich własnego „ja" chcą zrobić przysługę innym i przy okazji zabrać ich ze sobą. Jestem bliższy śmierci niż kiedykolwiek dotąd — pomyślał. No i właśnie o to jej chodzi. To o to jej chodzi.

Słowo o narracji, bo ta w książce jest zmienna i niełatwa w odbiorze. Większość powieści opisana jest w trzeciej osobie, wzbogacona o dialogi głównego bohatera z Annie. Są jednak fragmenty, w których poznajemy bezpośrednie przemyślenia Paula poprzez nietypową narrację, trochę tak, jakby uwięziony w domu Annie, mówił sam do siebie. Czytelnik śledzi wręcz kłótnię jego myśli, zachwiania, które mogą wynikać z obserwatorskiej duszy bohatera, ale równie dobrze, mogą być skutkiem działania uzależniających leków, jakie podaje mu kobieta. Część rozważań wydaje się przekraczać granice absurdu, bohater słyszy głosy różnych przedmiotów, dyskutuje z nimi i weryfikuje prawdziwość ich słów.
"Ho, ho, Paulie, prawdziwy z ciebie buntownik" — powiedziała ostrym tonem maszyna do pisania, kiedy po nią sięgnął.

To, co odróżnia tę powieść od innych, to fakt, że momentami przenosimy się z domu oprawczyni do zupełnie innego świata. Wchodzimy w nową powieść, którą Paul pisze na rozkaz swojej fanki. Nie jest to powieść grozy, a raczej romans i swoisty dramat, który ma przywrócić ulubienicę Misery do życia. King świetnie poprowadził wątek literacki Paula Sheldona. Czytelnik ma możliwość odebrać niektóre fragmenty jako porady pisarskie. Paul bowiem, pisząc „Powrót Misery”, korzysta z własnego bogatego doświadczenia, ma świadomość, że nie każdy czytelnik uzna zaproponowaną wersję jako realną i podkreśla, jak ważne jest, aby wątki splatały się w sposób logiczny.
Uznał, że Wierny Czytelnik nie przełknie pigułki w postaci dwóch nie związanych ze sobą kobiet, mieszkających w sąsiednich miastach i pogrzebanych żywcem, w ciągu sześciu miesięcy, na skutek użądleń pszczół.

Tak jak Paul jest bohaterem tragicznym o praktycznie zerowej możliwości wyjścia z sytuacji, w której się znalazł, tak Annie, ze swoim kompleksem Szeherezady, staje się władczynią i panią jego losu. Oczami Paula obserwujemy dziwne zachowania bohaterki, nieświadomie podziwiamy skuteczność jej brutalnych metod i chcąc, nie chcąc, zastanawiamy się, w jaki sposób można zastawić na nią pułapkę. Każdy jej kolejny pomysł prowadzi jednak do smutnej prawdy, która staje się coraz bardziej naga. Ta kobieta zaplanowała wszystko perfekcyjnie i nie cofnie się przed żadną podjętą decyzją. Zachowuje się jak opętana.
Wtedy się wyłączyła. Wyłączyła się na blisko trzy minuty trzymając szczura w powietrzu — wspaniały przykład woskowej katatonii. Paul patrzył na nią, patrzył na szczura, jak piszczy, i nagle zdał sobie sprawę, że do niedawna wierzył, że nie może już być gorzej. Nieprawda. Pieprzona nieprawda.

Annie staje się momentami terminatorką zaprogramowaną, aby skrzywdzić, aby wzbudzić strach i pokazać swoją władzę. Nie oglądałam ekranizacji, ale domyślam się, jak bardzo bałabym się przy niektórych scenach. Za świetnie opracowaną fabułę, za szczegółowo zbudowanych bohaterów, za czysty minimalizm i całokształt tej powieści, przyznaję rację wielu poprzednikom – Stephen King jest mistrzem grozy, to prawda. „Misery” stała się dla mnie nowym wyznacznikiem horroru. Polecam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Twoją opinię :) Każdy komentarz jest dla mnie wartościowy i pozwala mi się stale rozwijać. Pozdrawiam i zapraszam jak najczęściej.

TOP