środa, 14 października 2015

[RECENZJA] "MYSZY I LUDZIE" - JOHN STEINBECK

Jak usłyszałam tytuł „Myszy i ludzie” pomyślałam, że zapewne jest to jakaś opowiastka dla dzieci kończąca się głębokim morałem. Po przeczytaniu wiem, że wcale nie byłam daleka prawdy, bo choć powieść noblisty Johna Steinbecka nie jest przeznaczona dla małego widza, przypomina przedstawienie rodem z najlepszej bajki. Gdyby bohaterami zostały animowane postaci, a dialogi były nieco mniej ostre, to opowieść mogłaby służyć za lekturę dla najmłodszych. 

Porównanie to zastosowałam nie przez przypadek, ponieważ autor posłużył się w powieści surową prostotą, która niejednemu może wydać się banalna. Krótka historyjka, umieszczona na nieco ponad 100 stronach, okazała się jednak workiem pełnym mądrości. Nie są to mądrości jawne, wymienione punkt po punkcie. Są to bajecznie opakowane dewizy, które realnie odnoszą się do zewnętrznego świata. Na kartkach dzieła Steinbecka ścierają się tematy wysokiej rangi, z których na przód wysuwa się dążenie do spełnienia własnego American dream. Dla bohaterów takim celem stało się kupno małej farmy i życie z tego, co dała ziemia. Opanowany George oraz jego nieporadny kompan podróży – Lennie, rozpoczynają pracę na jednej z farm, aby zarobione pieniądze wykorzystać do spełnienia własnego marzenia. Ta historia działa na czytelnika, który wierząc, że bohaterom się uda, dopinguje im w zdobyciu własnego kawałka ziemi. Mimo iż czytelnik wie o niepowodzeniach podobnych poszukiwaczy marzeń, czuje, że Ci bohaterowie są inni i uda im się osiągnąć cel. Czy ta wiara ma sensowne podłoże, czy może wpadliśmy razem z bohaterami w jakąś iluzję, niczym śliwki w kompot?

Niezależnie od odpowiedzi na powyższe pytanie, „Myszy i ludzie” to nie tylko sen na jawie. To także opowieść o wierności, przyjaźni i odpowiedzialności za drugą osobę. George, świadomy ograniczonej natury towarzysza podróży, nie zostawia go psom na pożarcie, traktuje go jak dziecko i pomaga w codziennym starciu z życiem. To on wpaja mu idealistyczny świat, do którego dążą, a przez własne codziennie opowieści, sam zaczyna wierzyć w spełnienie amerykańskiego snu. Lennie nie pozostaje obojętny. Mimo widocznej głupoty, a właściwie krótkiej i nieokiełznanej pamięci, jest w stanie zrobić wszystko dla George’a. Traktuje go trochę jak swojego pana, ale czytelnik wie, że między bohaterowi zasupłana jest nić przyjaźni.

Głębsze przemyślenie może jednak sprawić, że ta przyjacielska relacja wyda się być wymuszona przez los i charakter bohaterów. Wcale nie stanowi uczucia samego w sobie, a poznając bardziej dwóch towarzyszy, można rzec, że w tej kompanii są oni nadzwyczaj samotni i pozbawieni prawdziwej bliskości. Życie tej dwójki to niepewne skakanie przez płotki i ciągła niewiadoma, czy uda się bezpiecznie wylądować. George, podejmując się trudnego wyzwania, jakim jest reprezentowanie ograniczonego kompana, ostatecznie zostaje przyparty do największego muru. Musi podjąć decyzję wstrząsającą, która zmieni wszystko. Ostatnie strony powieści generują znaczny poziom współczucia, bólu, ale także zrozumienia dla zachowania bohatera.

Trudne sprawy, jakie porusza autor, są ponadczasowe. Ze świadomością wkracza również w temat rasizmu, ukazując inność czarnoskórego pracownika farmy, który wyizolowany od pozostałych robotników, podporządkowany jest innym prawom i mimo chwilowych zapędów do buntu, zna swoje miejsce w szeregu. Steinbeck porusza również rolę kobiety, w tym przypadku żony Curleya, która mimo udawanego wdzięku i kokietowaniu mężczyzn, męczy swoją obecnością. Robotnicy uważają ją za zwykłą narzucającą się prostytutkę, a woleliby ją widzieć jako prawdziwą gospodynię domową.

Opowieść, choć mało objętościowa, dogłębnie ukazuje realistyczny obraz życia robotników farmy w trakcie Wielkiego Kryzysu, a poprzez ich wiarę w marzenia, nakłania nas, by dopingować im i wierzyć razem z nimi w bajeczny świat na własnym kawałku ziemi. Dla mnie było to spotkanie z nad wyraz szarą codziennością. Niejednokrotnie sama robię coś z dobrym zamiarem i jestem przekonana o słuszności mojego postępowania, a na koniec objawia się nagusieńka prawda i bezcelowość mojego działania. Tak też postępował Lennie, z tymże jego ograniczenie i brak rozsądku, nie pozwoliły mu wyciągnąć wniosków na przyszłość. 

Na koniec napiszę tylko: biedna myszka i biedny piesek…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Twoją opinię :) Każdy komentarz jest dla mnie wartościowy i pozwala mi się stale rozwijać. Pozdrawiam i zapraszam jak najczęściej.

TOP