piątek, 10 listopada 2017

"GRZECH" - MAX CZORNYJ | Grzech nie ma końca

Zawód prawnika to twór osobliwy, nierzadko kojarzący się z prestiżem, dużymi zarobkami i głośnymi procesami sądowymi, ale ostatnie wydarzenia pokazują, że ludzie prawa coraz śmielej wychodzą poza branżowe kuluary, aby wykorzystać otwarty zasób słów do podbicia rynku wydawniczego. Tak uczynił kilka lat temu Remigiusz Mróz, tak zrobiła niedawna debiutantka Paulina Świst, podobnie też czyni kolejny prawnik, Max Czornyj, śmiało wychylając się ze swoim pierwszym literackim dzieckiem. Czy debiutancki Grzech zasługuje na słowa uznania?

Pozornie spokojny Lublin otoczony zostaje mroczną zagadką. Nieznany sprawca porywa kolejne kobiety, a ich bliskim zostawia tajemnicze listy. Śledztwo prowadzi nieco porywczy komisarz, Eryk Deryło, chcący za wszelką cenę dopaść niebezpiecznego psychopatę. Do sprawy włącza się także miejscowy profiler, Miłosz Tracz, który próbuje wykorzystać własną wiedzę do stworzenia dokładnego portretu sprawcy. Gdy na jednym z cmentarzy znalezione zostaje brutalnie potraktowane ciało pierwszej kobiety, mieszkańców miasta spowija autentyczny strach. Wszystko wskazuje bowiem na to, że morderca działa z premedytacją, a jego plan ewidentnie przewiduje więcej ofiar.

Porównania do prozy innych pisarzy nie zawsze spotykają się z aprobatą, ale tym razem trudno nie zauważyć analogii między Grzechem Maxa Czornyja a drastyczną i jednocześnie mocno przekonującą twórczością Chrisa Cartera. To podobieństwo wyczuwa się już w pierwszej scenie, gdy zmartwiony krytyczną sytuacją porwanej bohaterki odbiorca, dosłownie czuje na własnym ciele drakońskie katusze, jakie gwarantuje jej parszywy sprawca. Debiutujący autor nieprzerwanie przedrzeźnia wyobraźnię czytelnika, podsuwając mu wyjątkowo plastyczne, a przy tym także realistyczne opisy sadystycznych działań porywacza. Odpowiednio prowadzone sekwencje zdarzeń sprawiają, że odbiorca chce szybko chłonąć kolejne sceny, a krótkie rozdziały, często zakończone budzącym grozę elementem niepewności, rodzą zarówno poczucie strachu, jak i mimowolną chęć poznania zakończenia. Podobnie bezwzględne podejście, pełne przerażających opisów, stale rosnącego napięcia i ubrane w tożsamy schemat fabularny, gwarantuje odbiorcy wspomniany przed chwilą Chris Carter w serii znakomitych thrillerów z detektywem Robertem Hunterem. Tym dość długim porównaniem nie mam zamiaru czynić jakichkolwiek zarzutów, a jedynie pochwalić mrożący krew w żyłach szlak, jaki obrał na swej literackiej drodze debiutujący polski autor. Max Czornyj zdradził mi bowiem w krótkiej targowej rozmowie, że twórczość amerykańskiego pisarza jest mu obecnie obca, a zatem Grzech jest w całości wytworem jego bujnej wyobraźni. 

Zagadkowy psychopata poddaje porwane kobiety niewyobrażalnym torturom, sumiennie budując w nich przekonanie, że to właśnie on jest panem ich patowej sytuacji. Autor wprowadza postać sprawcy wyjątkowo oszczędnie, z jednej strony prezentując jego brutalne działania, z drugiej natomiast – nie przedstawiając głębiej motywów jego chorych działań. Czytelnik ma oczywiście świadomość, że sygnalizowany w tytule powieści motyw religijny nie jest przypadkowy, pojawia się on również w trakcie śledztwa, ale zachłanny odbiorca ma niezmożoną chęć dokonania przeglądu tak dewiacyjnych myśli. Max Czornyj nie pozostaje tym prośbom obojętny i tworzy postać profilera – Miłosza Tracza. Psycholog zauważalnie lubi teoretyzować, często posługuje się doświadczeniem innych lub wiedzą książkową, ale zdarza mu się także stosować mniej konwencjonalne środki. Chociaż mężczyzna zdaje się być nieoceniony w trudnym dochodzeniu, to sam profil psychologiczny sprawcy przedstawiony jest przez niego nieco zbyt chaotycznie.

Podobna uwaga nasuwa się w stosunku do procesu śledczego, który z założenia powinien kipieć dociekliwością prowadzącego. Eryk Deryło ma odpowiednie kompetencje i pozornie angażuje się w sprawę, ale czytelnik wciąż odnosi wrażenie, że szala śledztwa zbyt mocno przechyla się w stronę zaginionej Marty Wolskiej. Od początku wiadomo, że porwanych jest więcej kobiet, a jednak dochodzenie toczy się przede wszystkim wokół zgłoszenia Roberta Wolskiego. Jeżeli nawet autor miał w zamiarze śledzić działania z punktu widzenia tej postaci, powinien poświęcić uwagę dodatkowo tym kobietom, których zaginięcie zostało zgłoszone wcześniej. Fabularnie wybrakowane śledztwo mimowolnie uderza w opinię o samym komisarzu, który będzie musiał się w przyszłych tomach postarać, aby zostać docenionym także przez wytrwanych miłośników gatunku. 

„Grzech ma tylko początek, nigdy końca.”. Gorzkie i jednocześnie alarmujące słowa Homera idealnie komponują się z proroczym finałem, jaki zaproponował w swoim debiucie Max Czornyj. Początkujący autor szumnie wchodzi na literacką scenę i swoją fabularną odwagą potwierdza, że nie boi się walczyć o własną przestrzeń literacką. Chociaż proces śledczy potraktowany jest w Grzechu zbyt wyrywkowo, to odpowiednio rozproszone emocje, realnie odczuwalny strach, a także obiecujący schemat powieści, pozwalają wierzyć, że Max Czornyj będzie niedługo stałym bywalcem na listach bestsellerów. 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Filia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Twoją opinię :) Każdy komentarz jest dla mnie wartościowy i pozwala mi się stale rozwijać. Pozdrawiam i zapraszam jak najczęściej.

TOP